Moda

IDEALNA STYLIZACJA NA ROWER + KONKURS

DSC_1805

Już dawno nie miałam tak zwariowanego tygodnia jak ten ostatni. Na szybko musiałam dokończyć dla Was zdjęcia do kilku postów, spędziłam 14 godzin na planie jednej reklamy, którą już niedługo będziecie mogli zobaczyć w internecie, a potem jeszcze szybko pakowałam walizki i pędziłam na lotnisko, by zdążyć na samolot do…. tego Wam jeszcze nie zdradzę:). Teraz kiedy już jestem na miejscu nareszcie mam czas, by podzielić się z Wami kolejnym postem. W komentarzach możecie zgadywać gdzie tym razem udało mi się polecieć:) Tymczasem ja zabieram Was na wycieczkę rowerową na mojej nowej białej strzale!

Pogoda dopisuje, dlatego stylizacja też jest mocno wakacyjna. Koronkowa bluzka z hiszpańskim dekoltem, do tego szorty, wygodne tenisówki i słomkowy kanotier to doskonałe połączenie na rower.

Jeśli Wam też marzy się piękna holenderka to świetnie się składa! Mam dla Was konkurs, w którym do wygrania będzie rower marki Le Grand – model Virginia 3 w miętowym kolorze. Jedyne co musicie zrobić to odpowiedzieć kreatywnie w komentarzu na pytanie “Jesteś w jednej z europejskich stolic, masz rower Le Grand i 6 godzin dla siebie. Opisz jak spędzisz swój dzień.
Najciekawsza odpowiedź zostanie nagrodzona rowerem. Konkurs trwa do 12 czerwca do północy. Więcej informacji możecie znaleźć w regulaminie. Powodzenia!!!

WYNIKI: Zwyciężczynią konkursu zostaje Majka, autorka komentarza o Reykiaviku:

Od bardzo wielu lat, pewna dziewczynka pragnie odwiedzić baśniowy świat, i choć już wiosen ów dziewczynka liczy sobie ponad naście, jej miłość do kraju Zimnolubów nie gaśnie. Dlatego na wszelkie przeszkody nie zważając, wyrusza rowerem do Reykjavíku swe marzenia spełniając…
Nie z byle jakim rowerem lecz właśnie z rowerem Le Grand spotykam się przy rzeźbie Sun Voyager jeszcze przed świtem, by razem popijając kawę i zagryzając herbatniki obserwować ów rzeźbę w promieniach wschodzącego słońca. Kiedy nasycimy już oczy, lampy i żołądki, zdradzę prawdziwy cel wyprawy – poszukiwanie islandzkich elfów. Jeszcze nawet nie dokończyłam zdania a Le Grand zahamował gwałtownie, na szczęście jestem przygotowana na taką ewentualność i mam ze sobą kilka legend o elfach. Kiedy cały strach znika, przypominam rysopis elfa, a tak naprawdę jego cechy szczególne – duże uszy i długie, szczupłe nogi, Le Grand zamrugał lampą, że co, że ja jestem elfem? Spór jednak nie trwa zbyt długo i razem lekko wyruszymy na pchli targ Kolaportið, tam z trudem, aczkolwiek skutecznie Le Grand powstrzymuje moje zakupoholickie zapędy, poprzez ograniczoną pojemność swojego koszyka. Zaopatrzona w ciepły, dziergany sweter (który na pewno przyniesie nam szczęście) wyruszam dziarsko dalej na Stare Miasto. Tam przyprawieni o kolorowy zawrót głowy miejskiej zabudowy jeździmy po całej ulicy, na szczęście hamujemy w porę i udaje nam się nie wjechać wprost do jeziora Tjörnin. Tutaj czujemy się jak ryby w wodzie, jedziemy co tchu mijając inne jednoślady. Zbaczamy na chwilę z trasy by odwiedzić kościół Hallgrímskirkja. Le Grand nadrabia zaległości muzyczne słuchając Sigur Rós, a ja co tchu wdrapuję się na 75 metrową wieżę, by zobaczyć zapierający dech w piersiach widok panoramy Reykjavíku (niestety stąd również żadnego elfa dojrzeć nie sposób). Po chwilowej utracie świadomości zbiegam do mojego jednośladu, po upewnieniu się, że wszystko ze mną w porządku nie decyduję się na wstąpienie po pomoc do szpitala uniwersyteckiego i jedziemy dalej przez park Klambratún i gdy tak wesoło przecinamy ścieżki rowerowe spoglądam na zegarek, po raz pierwszy od początku naszej wyprawy, dlatego wbijamy 3 bieg i pędzimy przed siebie. Le Grand oczywiście musi zboczyć z trasy, bo koniecznie chce sprawdzić stan ścieżek rowerowych w Elliðaárdalur, w ramach negocjacji udaje mi się za to odwiedzić Open Air Museum, odpowiednik naszego skansenu, gdzie z trudem powstrzymuję Le Grand od pomysłu przejechania po pagórkach, które to są w rzeczywistości dachami porośniętymi trawą – jednak gdzie nie spojrzeć, nie możemy natrafić na trop elfów. I tym samym mamy już naprawdę niewiele czasu, dlatego pędzimy ulicą Laekjargata, wzdłuż której podziwiamy starą zabudowę. Droga staje się kręta, a na rondach nie trudno o pomyłkę (to chyba elfy płatają nam figle), nasza determinacja jednak wygrywa do tej pory nie widzieliśmy jeszcze elfów (jednak cały czas czujemy ich wzrok na naszych plecach tudzież błotnikach), dlatego opuszczamy stolicę i decydujemy się na wypad na południe do Hafnarfjörður (Islandzka stolica elfów), gdzie według podań w centrum miasta mieszkają elfy, rozpaczliwie rozglądamy się dookoła, ale nadal nic nie widzimy i dopiero w ogrodzie botanicznym, nie wiem czy to ze zmęczenia, czy po prostu mamy szczęście, ale widzimy jakąś postać, sprawdzamy i rzeczywiście opis się zgadza, jednak gdy ponownie podnosimy wzrok znad przewodnika postać znika. Na wszelki wypadek jednak zostajemy jeszcze na chwilę w restauracji, nie mogąc się zdecydować na szaszłyk z wieloryba ani na potrawkę z maskonura, zajadamy elfickie dania, tym razem nie prosząc o tłumaczenie, co zawierają i jest naprawdę pysznie.

OGROMNE GRATULACJE! Maju prosiłabym o kontakt na maila contact@charlizemystery.com

DSC_1968

DSC_1827

DSC_1738

DSC_1791

DSC_2149

DSC_1752

H&M bluzka | LEE szorty | LACOSTE buty | RALPH LAUREN torebka | HATHAT kapelusz | FOSSIL zegarek | LE GRAND rower

Mogą Ci się spodobać także

Zostaw komentarz. Twój adres e-mail nie będzie widoczny

90 komentarzy

  • Odpowiedz
    Annasplace
    5 czerwca 2016 at 19:10

    Ależ piękny post! Jeden z lepszych, jakie ostatnio widziałam. <3 Wszystko idealne, nic bym nie zmieniła.

  • Odpowiedz
    Panienka
    5 czerwca 2016 at 19:12

    Charlize, kiedy będą wyniki konkursu Victor&Rolf? 🙂

  • Odpowiedz
    Angieness
    5 czerwca 2016 at 19:59

    Przepiękny kapelusz!

  • Odpowiedz
    Ela
    5 czerwca 2016 at 20:15

    Gdzie można znaleźć link do regulaminu? Niestety ale pod słowem ‚regulamin’ nie ma go ukrytego 🙂
    Pozdrawiam!

    • Odpowiedz
      Charlize Mystery
      5 czerwca 2016 at 23:19

      Elu, regulamin jest już podlinkowany:)

      • Odpowiedz
        Ela
        7 czerwca 2016 at 17:57

        Dziękuje 🙂

  • Odpowiedz
    Joanna
    5 czerwca 2016 at 20:16

    Witaj,
    jaką stylizację proponujesz na rower jeśli ktoś nie lubi krótkich szortów?

    pozdrawiam

  • Odpowiedz
    zk
    5 czerwca 2016 at 20:25

    Dawno kupowałaś bluzkę? Jest przepiękna, a nie widzę jej na stronie

    • Odpowiedz
      Charlize Mystery
      13 czerwca 2016 at 18:30

      Bluzkę kupowałam miesiąc temu. Powinna być jeszcze dostępna:)

  • Odpowiedz
    Kasia K.
    5 czerwca 2016 at 20:33

    6 godzin dla siebie w europejskiej stolicy brzmi doskonale! Pierwsza myśl, która przychodzi mi do głowy to Rzymskie wakacje w stylu Audrey Hepburn, tylko zamiast przejażdżki Vespą, byłaby to przejażdżka miętowym rowerem Le Grand. Po chwili jednak zmieniam przebieg wydarzeń i postanawiam opisać moje 6 godzin w modowej stolicy mody, której rower jest częścią stylu życia, a 6 godzin nigdy nie jest wystarczające, aby wszystko zobaczyć – przenieśmy się więc do Paryża! Nie będzie to historia jak w kolejnym filmie z Audrey Hepburn w roli głównej ‚Kiedy Paryź wrze’, ja, w przeciwieństwie do Audrey nie zostanę sekretarką, lecz sama napiszę rozdział książki! Zaznaczam, że moja stylizacja na rower nie pozostanie daleka od tych, z których słynie wspomniana wyżej aktorka – styl pozostanie klasyczny, lecz historia inna. Wyobraź sobie, że mieszkam przy Montmartre z widokiem na dzielnicę artystów. Codziennie mogę podziwiać ich prace, wykonania muzyczne, talent. Dzisiaj budzę się o 8 rano, zbiegam na dół z trzeciego piętra i biegnę do boulangerie pod oknem, kupuję pain au chocolat i wracam po..rower! Tego poranka biorę notatnik, długopis i nie skupiam się wyjątkowo na podziwianiu pobliskich artystów tylko zjeżdżam z góry – szybko – moim pięknym rowerem aż do Moulin Rouge, robię sobie małą przerwę na moją słodką przekąskę i siadam na ławce by zanotować moje dzisiejsze obserwacje – rower mi towarzyszy – stoi obok ławki i wspólnie obserwujemy przechodniów. Minęło pierwsze pół godziny i ruszamy dalej – tym razem z placu Pigalle ruszamy w stronę Trocadero, to zajmuję mi około 30 minut – po drodze liczne światła i ruch także jest spory – Paryżanie idą do pracy, a turyści na poranne zwiedzanie. Ja z kolei wybieram się na poranne spotkanie z Tour Eiffel – siadam na schodach przy Trocadero i kontempluję, nie zapominając o notatkach i moim cudownym towarzyszu – rowerze! Tak mija półtorej godziny od wyjścia (a właściwie, wyjazdu – z domu). Następnie postanawiam ruszyć w stronę Pól Marsowych – nie wybieram schodów, lecz omijam wszystkich turystów i zjeżdżam szybko prosto pod karuzelę blisko Wieży Eiffla, zatrzymują mnie pasy i przejazd na drugą stronę. Tutaj także robię sobie małą przerwę – trawa na Polach Marsowych jest bardzo kusząca, siadam więc, wyciągam notatnik i notuję wszystkie moje obserwacje. Nie zapominam o moim towarzyszu, który dzielnie przy mnie trwa – tym razem odpoczywa na trawie. Jest godzina 10.30 – czas na małą zmianę otoczenia – wybieram się w stronę Pól Elizejskich – tam około godziny 12.30 umówiłam się na lunch z przyjaciółką w Crêperie l’Atelier, po drodze jednak wstępuję do Ladurée po pudełko makaroników – w końcu wczoraj miała urodziny! Po drodze mijam mnóstwo turystów, każdy z aparatem, czasami zagubiony pyta o drogę – najpierw jadę wzdłuż Sekwany, jednak później bardzo kuszą mnie wystawy na Avenue Montaigne więc zmieniam trasę. Kiedy dojeżdżam na bajkową Avenue Montaigne schodzę z roweru i prowadzę go obok siebie – a wszystko po to, aby podziwiać przepiękne wystawy i kreacje. Moją uwagę przyciąga wystawa Chanel – w aranżacji na wystawie jest mój rower! Oczywiście robię zdjęcie – niech to będzie dla mnie inspiracją do kolejnych stylizacji! Kiedy dochodzę do Avenue des Champs-Élysées wskakuję (z gracją :-)) na mój rower i pędzę na spotkanie – umówione miejsce znajduję się w połowie Pól Elizejskich, a ja jestem przy Łuku Triumfalnym! Kiedy dojeżdżam na miejsce moja przyjaciółka nie może wyjść z zachwytu nad moim rowerem – zmieniamy plany – decydujemy się na szybką sałatkę na terrasse (żeby mój rower mógł zjeść z nami :-)) i idziemy w stronę Place de la Concorde, często zatrzymujemy się by zobaczyć wystawy, po drodzę wchodzimy też do Sephory (wymieniając się, żeby pilnować roweru :-)) i tak mija nam czas, aż do Placu de la Concorde – żegnam się z koleżanką, która wsiada w metro – zostaje mi godzina mojego czasu wolnego. Postanawiam pojechać do Ogrodów Tuileries i tam z ochotą zajmuję zielone metalowe krzesełko – leżak i siadam w pełni słońca – wyciągam z koszyczka mój notes i notuję! Notuję wszystko to co obserwuję, zachowania ludzi, moje przemyślenia i po 30 minutach ruszam w stronę Luwru, mijam go jednak i decyduję się na przejażdzkę wzdłuż Sekwany, aż do Katedry Notre-Dame gdzie czeka na mnie… i tutaj kończy się moje 6 godzin opowieści. Rower nie znika, a mój paryski dzień toczy się dalej, jednak kto czeka na mnie pod Katedrą? Pozwól mi wygrać rower i spełniać marzenia o wolności (bo taką daje też rower :-)), a z pewnością powiem Tobie kto to był! Dziękuję, że wysłuchałaś mojej opowieści 🙂 Pozdrawiam serdecznie, Kasia K.

  • Odpowiedz
    Curly
    5 czerwca 2016 at 21:38

    Świetna stylizacja! Aż ciężko stwierdzić, co podoba mi się najbardziej. 🙂

  • Odpowiedz
    ops
    5 czerwca 2016 at 23:35

    gdzie wyniki poprzedniego konkursu na perfumy?

    • Odpowiedz
      Charlize Mystery
      5 czerwca 2016 at 23:42

      Wiadomości do zwycięzców zostały już rozesłane. Wyniki opublikuję jutro.

  • Odpowiedz
    Ula Jaworska
    6 czerwca 2016 at 07:06

    Fantastyczna stylizacja! Uwielbiam letnie kolory. Rower już mam wersję błękitną, ale koszyk ten sam 😆
    Poluję teraz na bluzkę z takim rękawem.

  • Odpowiedz
    Anna
    6 czerwca 2016 at 12:52

    Wiem doskonale gdzie przeniosłabym się z rowerem Virginia 3! 🙂
    Byłby to Amsterdam. Kilka dni temu wróciłam z wycieczki po Holandii, gdzie spędziłam wspaniały czas zachwycając się architekturą, stylem życia, przyrodą, wiatrakami, licznymi kanałami i wreszcie kulturą jazdy na rowerach. Holandię zwiedziłam wzdłuż i wszerz, jak najbardziej natrętna turystka zafascynowana nowymi miejscami. Wsiadając do powrotnego samolotu poprzysięgłam sobie, że jeszcze tu wrócę! 🙂
    W Amsterdamie zachwyciły mnie niezliczone rzesze mieszkańców pędzących na swoich cudownych miejskich rowerach. I ja chciałam do nich dołączyć, dlatego też wypożyczyłam sobie rower, co było pomysłem doskonałym. Wiem jednak, że gdybym miała ze sobą w Amsterdamie swój miętowy jednoślad, byłabym znacznie szczęśliwsza! 🙂 W szafie mam zaledwie jedną parę spodni, którą miałam na sobie dokładnie raz! Na co dzień noszę sukienki i spódniczki, dlatego rower miejski to strzał w dziesiątkę. Do tego pojemny koszyk na kierownicy i mogę podbijać świat.

    Wycieczkę po Amsterdamie zaczęłabym od odwiedzenia Museumplein – dzielnicy Muzeów, gdzie stoi słynny napis „IAmsterdam”, przed którym tysiące turystów każdego dnia robią sobie selfie, a na trawnikach spotykają się i siedzą mieszkańcy, spędzając wspólnie czas w otoczeniu imponujących budynków. Tam, po wcześniejszym zarezerwowaniu biletów, odwiedziłabym Muzeum VanGogha. Zgromadzone w nim zbiory nie tylko mają niewątpliwą wartość edukacyjną, lecz też zapierają dech w piersiach. Zdjęcia nie są w stanie oddać geniuszu słynnego malarza, który w przypływie szału odciął swoje ucho, a następnie wysłał je znajomej prostytutce! 🙂

    Stamtąd przejechałabym do Muzeum Diamentów, gdzie na własne oczy zachwycałabym się kunsztem i dbaniem o szczegóły rzemieślników, którzy ręcznie szlifują diamenty. Wszak Amsterdam słynie nie tylko z szalonych wieczorów kawalerskich, lecz również z tego, że gromadzi najlepszych ekspertów w dziedzinie obróbki diamentów.

    Z Muzeum Diamentów niedaleko jest do zielonych płuc Amsterdamu, czyli przepięknego parku Vondelpark, w którym Holendrzy piknikują, grają w badmintona, a nawet urządzają przyjęcia. Zaparkowałabym rower i położyła się na zielonej trawie, odpoczywając od hałasu wielkiego miasta. Tam, na trawie, zjadłabym lunch, tak jak wiele innych osób.

    Przyszedł czas na kontynuowanie wycieczki. Kilka zdjęć na tle kolejnego mijanego kanału i nagle jesteśmy na placu Dam. National Monument przypomina o dramacie II Wojny Światowej, Pałac Królewski – o tym, że Holendrzy niegdyś byli prawdziwą potęgą, a Nieuve Kerk, że to w tym kościele koronowane były głowy państwa. Na placu Dam znajduje się jeszcze jedno warte uwagi miejsce, do którego zmierzam. To Muzeum Figur Woskowych Madame Tussauds. To trzeba zobaczyć choć raz w życiu! Adele wygląda, jakby była w trakcie koncertu! Jennifer Lopez kroczy po czerwonym dywanie w świetle fleszy, Daniel Craig jest nieziemsko przystojny i seksowny, Hannibal Lecter przeraża, a Anna Wintour budzi grozę i respekt. Wrażenia pozostaną ze mną na pewno na długie lata.

    Wybiegam z Muzeum, wskakuję na rower i pędzę przed siebie, byle szybciej minąć dzielnicę Czerwonych Latarni, która nie przypadła mi do gustu. Pewnie z powodu koszmarnego ścisku i wrażenia, że ja z moimi zasadami tu nie pasujemy. Dojeżdżam do zoo i jadę odwiedzić zwierzaki. 🙂 Kto wiedział, że będąc w Amsterdamie warto wybrać się odwiedzić zoo? 🙂 Pewnie nieliczni, bo tłumów nie ma.

    Dzień już się kończy, ale dobrze, że mam rower. Ruszam nad kanał Singel, gdzie celem mojej wycieczki jest cudny targ kwiatowy, Bloemenmarkt. Kupuję tu cebulki tulipanów i wrzucam je do koszyka. Po powrocie do Polski wsadzę je do ziemi we wrześniu, by już na wiosnę cieszyły mnie swoim pięknem i przypominały o cudownych chwilach spędzonych w stolicy Holandii.

  • Odpowiedz
    Joanna
    6 czerwca 2016 at 14:26

    Będąc w europejskiej stolicy sześć godzin zwiedziłabym tyle miejsc ile zdołałabym w tym czasie zobaczyć. Zrobiłabym mnóstwo zdjęć, które mogłabym potem podziwiać. Nie wiem którą ze stolic chciałabym konkretnie zwiedzić, na pewno taką z panoramicznymi widokami miasta.

  • Odpowiedz
    She
    6 czerwca 2016 at 15:01

    6h czyli całe 360 minut?Jadę!Biega,krzyczy pan(i) Hilary…”Gdzie jest moja walizka?”-STOP- przecież ja zabieram ze sobą tylko bagaż podręczny.Panie i Panowie zapinam pasy i startuję – fruuu wysoko aż do nieba.Podniebna podróż,która zapiera dech w piersiach.Przede mną nie lada przygoda.Podróż w nieznane.Ja i Londyn czyli stolica Anglii w pigułce.Europejska metropolia w zasięgu ręki.Hallo,hallo tu Londyn.Centrum tu wszystko się zaczyna.Moim oczom ukazuje się ON…rower Le Grand – powitał mnie na lotnisku!Wskakuję na dwa kółka i podjeżdżam pod Big Ben’a,symbol Wielkiej Brytanii,wizytówkę miasta.Patrzę na zegar a dla mnie czas stanął w miejscu.Wielki dzwon wybił godzinę a jego donośny dźwięk sprowadził mnie z powrotem na ziemię.Ruszam moją miętową strzałą na podbój świata.Jadę do słynnego Muzeum Figur Woskowych (Madame Tussauds) to pozycja obowiązkowa na mojej liście.Zrobiłam pamiątkowe selfie z samą Marylin Monroe.Trochę pośpiewałam „razem” z Madonną,bo „śpiewać każdy może trochę lepiej lub trochę gorzej…” i przybiłam piąteczkę z Beckhamem.Z pewnością kolejnym moim przystankiem będzie Buckingham Palace.Wizyta u brytyjskiej królowej – marzenie.Tea Time czyli Five O’Clock!Herbaty napiję się w swoim własnym towarzystwie.Następnie wyprzedzając czerwony,piętrowy Routemaster śmigam do kolejnego celu którym jest London Eye.Kapsuły powoli się obracają a ja podziwiam Londyn ze szczytu na wysokości 135 m.Dostrzegam gmach brytyjskiego Parlamentu,Big Bena,mosty nad Tamizą,pływające statki i Katedrę Świętego Pawła.Na koniec czeka na mnie Oxford Street.Najpopularniesza zakupowa ulica,arteria handlowa i obowiązkowo przez duże „O
    ” zaliczam Regent Street gdzie mieści się butik mojego największego modowego guru.Widzę go,widzę,biała kitka+czarne okulary=K.Lagerfeld we własnej osobie,I need a doctor!Raj na ziemi,chwilo trwaj!Pada deszcz.Nawet niebo zaczyna już za mną płakać.Radośnie jadę rowerem przez kałuże i nucę sobie pod nosem – „I’m singing in the rain”.Mój portfel schudł a ja wracam do domu podekscytowana z głową pełną wrażeń 🙂

  • Odpowiedz
    Monika
    6 czerwca 2016 at 21:43

    Mam pytanie gdzie można dostać taką genialną torebkę? Poszukuje właśnie takiej od dłuższego czasu i nie mogę znaleźć. Daj proszę wskazówkę gdzie szukać dziękuję i pozdrawiam,

    • Odpowiedz
      Charlize Mystery
      6 czerwca 2016 at 21:48

      Ja znalazłam ją na Sarenzie:)

      • Odpowiedz
        Monika
        7 czerwca 2016 at 18:19

        Dziękuję 🙂

  • Odpowiedz
    Monika
    6 czerwca 2016 at 22:36

    Najpierw napiszę co uważam o zdjęciach, mega klimatyczne! Jak zawsze pięknie wyglądasz 🙂

    Biorę udział w konkursie, tak więc piszę swoją odpowiedź. Nie wiem, czy będzie to odpowiedź kreatywna, ale pozwolisz, że na chwilę przeniosę się do Paryża 🙂 Zamykam oczy i co widzę… Sześć godzin mówisz? hmmm „kupa” czasu. Na pewno wstałabym bardzo wcześnie. W europejskiej stolicy nigdy co prawda nie byłam, ale co nieco wiem o tym magicznym mieście 🙂 Pierwszą godzinę spędziłabym na pochłonięciu wielu wdechów powietrza podczas przejażdżki holenderką po Polach Elizejskich… Taka podróż na pewno dowiezie mnie na pyszną, świeżo mielona kawą do jakiejś , niekoniecznie popularnej kawiarenki. Tak, jak wcześniej pisałam Paryża niestety nie znam, więc przenoszę się tylko w marzenia. Kawka wypita, torebka do koszyczka i jedziemy Le Grand! Hmmm, nie chcę wymyślać, że jadę do miejsc, których nie znam, więc napiszę, że jadę piękną , miętową holenderką do miejsca, które marzy mi się zobaczyć… Wieża Eiffela… Wielu moich znajomych mawiało- ” eee kupa złomu, nic ciekawego”, ale dla tak prostego człowieka, jak ja, który najdalej był w Zakopanem taka kupa złomu byłaby jak zbawienie dla grzesznika! Także, chyba wiesz już gdzie mój rower mnie zabrał podczas drugiej godziny jazdy:) Jesteśmy właśnie pod Wieżą Eiffela 🙂 Robimy sesję, ja , rower i moje spełnione marzenie. Pakuję wszystko do koszyczka i ruszam dalej. Ze szkoły wiem coś o Luwrze 🙂 Piękne miejsce, tam spędzamy trzecią godzinę wyprawy. Robię mnóstwo zdjęć, wysyłam je znajomym i moim rodzicom, którzy od zawsze chcieli żebyśmy jak najwięcej zwiedzili. Po czterech godzinach jazdy czas na coś dobrego. Wybieram małą restaurację gdzieś na trasie do Katedry Notre-Dame. 🙂 Po jedzonku przydałby się jakiś spacer wzdłuż Sekwany. Trzymam mój piękny rower i idziemy razem… Ja , rower i On. Ah, widzisz, pominęłam jedną osobę. Ten najpiękniejszy czas spędzam na rowerach razem z moim Narzeczonym 🙂 I tak nam mija piąta godzina… A szósta? To już czas tylko dla nas.. Ryzykujemy, ale wiemy, że zabawa będzie przednia. Wsiadam na rower i jedziemy gdzieś, gdziekolwiek… Gdzieś, gdzie na chwilę będę mogła zapomnieć o problemach, o pracy.. Na chwilę zamknę oczy, wsłucham się w szum wiatru i śpiew ptaków i będę błądzić po europejskiej stolicy miłości.
    Jeśli pozwoliłabyś mi wygrać rower na chwilę zabrałabyś mnie do Paryża i spełniłabyś po części moje marzenie. Te sześć godzin w ciągu kilkunastu minut pisania tej wypowiedzi przeniosły mnie w zupełnie inne miejsce, inny klimat. Dziękuję!
    Pozdrawiam, Monika.

  • Odpowiedz
    Ev
    7 czerwca 2016 at 09:22

    Perfekcyjnie jak zawsze 😉

  • Odpowiedz
    zuzzmariee
    7 czerwca 2016 at 10:24

    Jestem w Paryżu. Budzę się rano, czuję zapach świeżych bagietek z marmoladą i gorącej aromatycznej kawy. Wspólnie z córeczką, jemy śniadanie. Ubieramy się, i wyruszamy na rowerze po moc wrażeń, spełnienia marzeń i cudowne wspomnienia. Wsiadamy na rower, córeczka z tyłu w wygodnym foteliku trzyma miętowy wiatraczek. Kolor przypomina wypisz wymaluj nasz rower Le Grand 🙂 Komponujemy się zatem doskonale 🙂 Wyruszamy w drogę, śpiewamy głośno i rozmawiamy. Docieramy pod Wieżę Eiffla. Rozkładamy koc, wyjmujemy z koszyczka truskawki i jabłka. Rower stawiamy tuż obok nas. Delektujemy się smakiem świeżych truskawek, robimy mnóstwo zdjęć. Leżymy na kocu patrząc w błękitne niebo, i przesuwające się po nim chmury. Pokazujemy palcem na jedną z nich, i zgadujemy… jaki przedmiot, zwierzę, bądź osobę chmurka ta przypomina. Puszczam bańki mydlane, Zuzia chce je złapać, biega, skacze, śmiejąc się przy tym głośno. Powietrze pachnie szczęściem, a nasze serca wypełnione są miłością i radością. Podziwiamy pięknie ubrane rodziny, obcy ludzie uśmiechają się do nas – to i my odwzajemniamy uśmiechy. Tłumaczymy, przyjechałyśmy z Polski, odpocząć d szarości dnia codziennego. Zaczerpnąć innego powietrza, zachłysnąć się paryską modą i elegancją. Podpatrzeć styl Francuzek. Turyści i mieszkańcy Paryża, podziwiają nasze jednakowe sukienki w kolorze bladego różu, podszyte tiulem. Niezwykle wygodne, a za razem efektowne i piękne. Prosimy jakiegoś mężczyznę trzymającego na smyczy małego pieska, aby zrobił nam wspólne zdjęcie. My, nasz rower, a w tle Wieża Eiffla. Piękne zdjęcie do rodzinnego albumu. Przesiąknięte szczęściem, miłością i radością. Sprzątamy po sobie, pakujemy koc, zabieramy resztę owoców, i ruszamy dalej. Mkniemy brzegiem Sekwany, wiatr czesze nasze włosy w warkocze, a słońce muska delikatnie skórę posmarowaną kremem z filtrem. Zatrzymujemy się, by spróbować pysznych rogalików. Zajadamy, śmiejąc się radośnie. Czas mija nieubłaganie, niedługo musimy wracać do Polski. Z bagażem przepięknych obrazów zatrzymanych w pamięci oraz zdjęć, które z pewnością po wywołaniu zawisną na ścianach naszego mieszkania. A nasze mieszkanie… – urządzę w nieco Francuskim stylu 🙂 <3

  • Odpowiedz
    Kaja
    7 czerwca 2016 at 15:24

    Byłabym w Pradze a że to rozległe, piękne miasto więc wybrałabym się na przejażdżkę z moim narzeczonym. Naszą wycieczkę zaczelibyśmy od zegara astronomicznego w samym centrum Pragha 1, potem kierowalibyśmy się bocznymi uliczkami nad rzekę Wełtawę. Przejechalibyśmy się mostem Karola skąd podziwialibyśmy widok na to niezwykłe, inspirujące miasto, potem pojechalibyśmy na wzgórze na Hradczany i podziwialibyśmy widok na całe miasto, zwiedzilibyśmy złotą uliczkę, katedrę i urokliwe ogrody, a wracając bo 6 godzon to naprawdę mało zachaczylibyśmy o Klasterni Pivowar, gdzie po całym aktywnym dniu napilibyśmy się piwa warzonego przez mnichów jednocześnie podziwiając zachód słońca z parku na wzgórzu ciesząc się powrotem do miasta w którym się zaręczyliśmy 🙂

  • Odpowiedz
    Ola
    7 czerwca 2016 at 19:55

    Karolina, cudowna bluzka!
    Czy jest z aktualnej kolekcji? Jeśli tak to czy moglabys wrzucic jej numer referencyjny lub link do niej na stronie hm? Szukalam jej ale niestety nie moge znalezc 🙂
    Z gory dziekuje! :*

    • Odpowiedz
      Charlize Mystery
      13 czerwca 2016 at 19:02

      Olu, kupiłam ją miesiąc temu, więc powinna być jeszcze dostępna. Nie mam jej ze sobą w NY, więc nie jestem w stanie podać Ci teraz nr referencyjnego:(

  • Odpowiedz
    Ewelina
    7 czerwca 2016 at 20:33

    Ta bluzka jest obłędna! Nie mogę odnaleźć jej na stronie sklepu. Charlize, proszę, pomóż! 🙂

  • Odpowiedz
    Klaudia
    7 czerwca 2016 at 22:34

    6 godzin = 360 minut = 21 600 sekund + Miętowy Rower Le Grand = WIEDEŃ ! Ubrana w kwiecistą, różowo – srebrną suknię w kwiaty, na stopach pantofelki, a na głowie korona z warkocza. Jak niegdyś Księżniczka Austriacka Sissi w dniu swojego ślubu podjechałabym swą nie złotą, lecz miętową karocą na miejsce, gdzie czekał już by na mnie Książe Franciszek, czyli do mojej rezydencji Pałacu Schonbrunn. Na miejscu wylegiwałabym się pośród kwiatów, na idealnie przystrzyżonej trawie, podziwiając potęgę i okazałość Pałacu. Delektowałabym się chwilami słońca na policzku i rozmowami ludzi wokół. Następnie przejechałabym się zatłoczonymi ulicami Wiednia, tak aby poczuć życie tego miasta. Po drodze minęłabym dom Mozarta, w którym niegdyś ten wielki kompozytor tworzył. Kupiłabym czekoladki sygnowane jego nazwiskiem, zajadała i odtwarzała w pamięci jeden z jego utworów. W końcu dotarłabym do najstarszego w Europie Parku Rozrywki Prater. Tam, wsiadłabym do diabelskiego młyna, aby podziwiać panoramę i napawać się miastem miłości Sissi i Franciszka. Moim ostatnim punktem na mapie byłaby Wiedeńska Kawiarnia Muzyczna Café Bräunerhof, znajdująca się na starym mieście i sąsiadująca z licznymi antykwariatami. Tam wypiłabym kawę, zjadła sernik wiedeński i słuchała tym razem muzyki Straussa. A może na koniec byłoby mi dane zatańczyć prawdziwy Walc Wiedeński w samym Wiedniu ?
    Może na mojej liście nie ma zbyt wielu miejsc, jednak jest ich wystarczająco aby w spokoju móc napawać się atmosferą tego miasta, jego historią oraz historią jego mieszkańców. Kolejne dni dzięki miętowej karocy zawiozły by mnie jeszcze dalej w głąb historii stolicy Austrii.

  • Odpowiedz
    Natalia Lasek
    7 czerwca 2016 at 23:13

    Jak wycieczka rowerem to we dwoje w Paryżu
    Gdzie wiatr niesie słodką woń anyżu
    Mademoiselle przysiadła na ławce, pudruje nos
    Monsieur mówi jej j’adore ściszając głos
    Les Champs Elysees w światłach tonie
    W tłumie splatają się zakochanych dłonie
    Znana aktorka poprawia szal w pepito
    Myśląc, że jest tu incognito
    Przystaniemy na chwilę naoliwić łańcuchy
    Zjemy makaroniki jak prawdziwe łasuchy
    Potem pora dalej ruszać w trasę
    Do zwiedzania mamy miejsc masę
    Na Place du Tertre amerykański turysta
    Pozuje do portretu, maluje artysta
    Mocnym zapachem paczula
    Dzielnicę Montmartre otula
    Amerykanin z niskim ilorazem
    Cieszy się pamiątkowym obrazem
    Do kieszeni wkłada małą figurkę
    Zalotnie poprawia fryzurkę
    Scenie z balkonu przygląda się kotka
    O spojrzeniu jak Bardotka
    A w Moulin Rouge can-cana
    Tańczą do białego rana.

  • Odpowiedz
    Margerytka
    8 czerwca 2016 at 01:44

    To był właśnie Ten Dzień. Gdy otworzyłam oczy, zaczęłam się zastanawiać czy jeszcze śnię, czy rzeczywiście Ten Dzień nastąpił.
    Rower czekał w przedpokoju, jego miętowy kolor przywodził mi na myśl moje ulubione lody i odświeżającą bryzę Lazurowego Wybrzeża. Czekał na to co się dziś wydarzy. Paryż tego dnia był nieco zamglony, ale prognozy wydawały się optymistyczne. Mój ulubiony miesiąc czerwiec, nie mógł mnie zawieść niespodziewanymi przeciwnościami w postaci mokrego prysznica. Miałam tylko 6 godzin.
    Ranek był rześki. Pani sprzedająca kwiaty uśmiechnęła się szeroko. Czyżby widziała po mnie, że to Dziś? Bagietki z pobliskiej piekarni pachniały wyjątkowo apetycznie, więc wzięłam dwie. Rower odgadywał każdy mój ruch, czułam jakbym unosiła się nad ziemią. Słynne motyle w brzuchu nie dawały mi spokoju, a te przelatujące obok witały się z nimi serdecznie. Cieszyłam się na widok dzieci spieszących się do szkoły, na widok starszego pana z pieskiem, pozdrawiałam każde mijane drzewo.
    Gdy dotarłam nad Sekwanę słońce zaczęło przebijać się przez chmury, Wieża Eiffla wyrosła przede mną jak spod ziemi. Jak ja dawno tutaj nie byłam! Postawiłam rower, usiadłam na schodku i łapałam ciepłe promienie zachłannie niczym słonecznik. Znów zaczęłam myśleć o NIM. Czy GO poznam, czy nie zmienił się zbytnio, czy przyjdzie, czy nie zapomniał o tym co obiecaliśmy sobie 10 lat temu… A może to wszystko to były tylko nic nie znaczące, młodzieńcze zabawy, a życie potoczyło się zupełnie inaczej… Ja jednak nie potrafiłam zapomnieć.
    Zerknęłam na mapę. Do wzgórza Montmartre zostało mi jeszcze kilka kilometrów… Powinnam zdążyć do południa… Muszę! Inaczej wszystko przepadnie. Wstałam pospiesznie, otrzepałam białą sukienkę z okruszków bagietki i znów postawiłam nogi na pedałach.
    Znacznie żwawiej niż wcześniej zaczęłam mijać kolejne uliczki. Koty, gołębie i inne sympatyczne stworzenia już nie zatrzymywały mojej uwagi. Nie mogłam zaprzepaścić wszystkiego przez głupie kilka minut spóźnienia. Ręce drżały mi na kierownicy, zaczęłam tracić głowę. Może zwariowałam? Cała ta wyprawa, cały ten wyjazd do Paryża, może to wszystko było zbyt szalone? Może ta nadzieja, zwyczajne wspomnienie przyćmiło mi rozum? Nieważne. Nawet jeśli Go nie będzie, jakoś to przeżyję. Po prostu nic się nie zmieni. Przynajmniej zwiedzę Paryż – na to też czekałam z utęsknieniem.
    Zrobiło się już dosyć gorąco, słońce przypiekało coraz mocniej – to znak, że zbliżało się południe. Bazylika Sacré-Cœur wyglądała imponująco w pełnym słońcu. Jeszcze tylko kilkaset metrów i będę na miejscu! Brawo Virginio! Dojechałyśmy na czas!
    Zaczęłam się rozglądać nerwowo wokół siebie. Sekundy i minuty dłużyły się w nieskończoność. Nigdzie GO nie było. Siadłam na trawie zmęczona i zrezygnowana. Zaczęło się chmurzyć. Piekące wcześniej słońce przesłoniły wielkie szare bałwany. Błysnęło się, na twarzy poczułam pierwsze krople wiosennej burzy. Ludzie nagle się rozpierzchli, zostałam sama, patrząca na mój rower tonący w strugach deszczu. Jednak prognozy pogody się myliły. Ja też się pomyliłam… Wyjęłam z koszyka mokry notes i otworzyłam go na stronie z zasuszoną stokrotką. Nie mogąc już dłużej powstrzymać łez schowałam twarz w kolanach i zaczęłam płakać. Biel sukienki została przełamana dwoma czarnymi plamami z tuszu do rzęs. W tym momencie usłyszałam męski głos: „Czy coś się pani stało, mogę w czymś pomóc?” Aksamitny głos… JEGO głos! Odwróciłam się – to był ON. Boże, pewnie wyglądałam strasznie z tym rozmazanym tuszem, bo gdy zobaczył moją twarz, to go zatkało. „To… to… to… TY?” wyjąkał. „Przepraszam, spóźniłem się, ale nie sądziłem… Nie mogę w to uwierzyć! To naprawdę TY!”
    Tak wyglądało moje 6 godzin w Paryżu z rowerem Le Grand Virginia 3. A co było dalej? Domyślcie się sami 🙂

  • Odpowiedz
    Helena
    8 czerwca 2016 at 09:42

    Praga! Moja ukochana czeska Praga.
    Choć zwykle przemieszczam się po niej metrem, tramwajami i autobusami, tym razem zaryzykuję rower. Myślę, że z takim sprzętem dam radę nawet po wszędobylskich, praskich „kocich łbach”
    Pierwszą godzinę poświęcę na słynny Most Karola, a wybiorę się tam w godzinach wczesno rannych, żeby uniknąć tłumów i móc śmiało przejechać rowerem przez most. Kilka razy przejechać przez most. Żeby móc się rozmarzyć, poczuć wiatr we włosach i nie wjechać w jakiegoś Japończyka pstrykającego dwusetne ujęcie kaczki pływającej po rzece.
    Po Wełtawie pływa już kilka rowerków wodnych… ale po co mi wodny skoro mam swój…chodnikowy!
    Z Mostu Karola pojadę do Zamku Hradczany, na który poświęcę kolejną godzinę. Wolno pedałując zahaczam o budkę z fast foodem. A co tam, od czasu do czasu można zjeść coś niezbyt zdrowego. Biorę do ręki ich parka v rohliku (parówkę w rogaliku), czyli naszego hot-doga i gnam przed siebie.
    Mam wielki koszyk, do którego mogłam włożyć całą zawartość mojej torebki, dzięki temu czuję się lekko, nie musząc dźwigać tego ciężaru na ramieniu, jak podczas spaceru. Po za tym mogłam tam już wrzucić parę drobiazgów, które już z rana udało mi się kupić : maskotkę Krecika, dwie czekolady Studentzkie i Lentilki.
    Złota Uliczka, będzie kolejnym punktem mojej rowerowej przygody. Tłum w mieście zaczyna się kotłować, a ulice są usłane korkami. W tym momencie żal mi trochę tych kierowców, którzy muszą dojechać do pracy i do domu i kiszą się w tych samochodach. Po myśli chodzi mi jedno zdanie „rower zużywa tłuszcz i oszczędza pieniądze, a samochód zużywa pieniądze i odkłada tłuszcz”. Taka drobna różnica.
    By odetchnąć odłożę swój pojazd gdzieś na uboczu i udam się w najwęższą uliczkę Starego Miasta, aby zjeść czeskie specjały, knedliczki z gulaszem i zasmażaną kapustę i smażony ser.
    Tyłek zrobił się nieco ociężały, więc dobrze że mogę ułożyć go na wygodnym siedzeniu i rozruszać się, jadąc wzdłuż Wełtawy i ciesząc się ostatnimi chwilami na moim rowerku. Niech wszyscy na mnie patrzą, niech podziwiają, niech zazdroszczą. Pojadę wolno, żeby każdy mógł się przyjrzeć. Będę „jezdit na kole” aż opadnę z sił.

  • Odpowiedz
    Monika
    8 czerwca 2016 at 10:23

    (S) ą piękne miejsca w dzielnicach Paryża,
    (T) am je t’aime pod wieżą Eiffla zakochanych zbliża.
    (O) d codzienności, reklam, pracy, marketów,
    (L) iczb, terminów i innych bzdetów.
    (I) od tych wszystkich co dookoła wciąż psioczą,
    (C) chciałabym właśnie tam móc sobie odpocząć!
    (A) na jednego palca i jednośladu skinienie,

    (F) rancuskich wrażeń i widoków nałapać w kieszenie.
    (R) uszyć miętowym rowerem Le Grand w drogę,
    (A) wiem, że dam radę – mam energię i czuję, że mogę!
    (N) a Place du Tertre chcę z ulicznymi artystami przebywać,
    (C) roissanty maślane i makaroniki beztrosko przegryzać,
    (J) ‘adore z podziwem mówić do siebie samej na głos,
    (I) jak mademoiselle z żurnala mieć rozwiany włos.

    (T) ańczyć z pasją w myślach zmysłowego can-cana
    (O) glądając zjawiskowe Moulin Rouge od samego rana.

    (M) ontmartre objechać by dotrzeć do katedry Notre Dame,
    (O) h! poczuć się jak w powieści Victora Hugo stojąc u jej bram.
    (J) echać Les Champs Elysees jak szybki i zwinny kot,
    (E) manować wdziękiem jak ekranowa Brigitte Bardot.

    (M) imochodem o Ogród Luksemburski zahaczyć,
    (A) trakcyjną Fontannę Medyceuszy zobaczyć.
    (R) ue Cambon 31 i butik Chanel mieć na trasie,
    (Z) Karlem Lagerfeldem tete-a-tete w swoim czasie.
    (E) taka mi się marzy pełna emocji paryska przygoda,
    (N) awet gdyby wtedy nie była jak z bajki pogoda.
    (I) w skrócie ci tą wycieczkę z Virginią3 opisuje,
    (E) ch! byś poczuła jak stylowo Paryż z LeGrand smakuje!

    STOLICA FRANCJI TO MOJE MARZENIE ♥

  • Odpowiedz
    Monika
    8 czerwca 2016 at 12:28

    Charlize, obłędna bluzka i stylizacja również.

    Czy bluzeczka z obecnej kolekcji? Nie mogę jej znaleźć…

    • Odpowiedz
      Charlize Mystery
      13 czerwca 2016 at 19:13

      Tak, bluzka ma miesiąc. Powinna być jeszcze dostępna:)

  • Odpowiedz
    karolina93nt
    8 czerwca 2016 at 12:43

    Gdybym tylko miała taką wspaniałą możliwość, na pewno wcześniej zaplanowałabym punkty do których będę w stanie dojechać,a zarazem będą czymś pięknym co ten kraj podsiada. Wszystkie punkty widokowe, czy odludnione, spokojne i piękne miejsca byłyby moje ! Zabrałabym ze sobą koc i jakiś prowiant i zrobiła sobie na koniec najlepszy piknik w moim życiu i napawała się chwilą relaksu w cudownym miejscu.

  • Odpowiedz
    Paulina K.
    8 czerwca 2016 at 14:12

    Widzę to! Moja biała haftowana sukienka lekko kołysze się na wietrze kiedy przemierzam przez małe, urokliwe uliczki na moim rowerze Le Grand. Czuję jakbym się tutaj urodziła, to miasto wyzwala we mnie niesamowitą energię, dzięki której mam ochotę przenosić góry. Czy to możliwe? Czy ja śnię? Widzę olbrzymie lody stojące na ulicach jak pomniki, a do nich z wielu stron podchodzą ludzie i nakładają na foremki po kilka gałek. Zbliżam się powoli do wybrakowanego już w połowie posągu jakiegoś króla, odkładam rower opierając go o drzewo i z mizernym skutkiem próbuję wypełnić moją foremkę.
    – Nie do wiary! – Krzyczę, bo kiedy tylko sięgam do lodów, one się rozpływają. Po drugiej stronie posągu spoglądają na mnie piękne brązowe oczy, a ich właściciel odzywa się nagle ze śmiechem:
    – Daj, pomogę Ci. Jesteś nietutejsza?
    Nie wiem jak udaje mu się wypełnić moją foremkę, bo cały czas patrzę w jego oczy i na sekundę zapominam o całym świecie. Potem siedzimy na kamieniu i jeszcze przez chwilę rozmawiamy, a kiedy kremowe lody znikają w naszych brzuchach okazuje się, że nieznajomy również porusza się na rowerze i proponuje mi wycieczkę po mieście.
    Jest ciepło, palmy w zachodzącym słońcu wyglądają jakby buchały ogniem, a uliczkami przemierzają kolorowe tramwaje. Zbliża się północ, czuję się jak w bajce, ale podświadomie wiem, że mój czas dobiega końca. Słyszę zegar który wybija dwunastą i znikam jak kopciuszek, a po mnie zostaje tylko miętowy rower Le Grand. Czy książę mnie odnajdzie? Czy domyśli się, że w koszyku pozostawiłam mu wiadomość?
    Odpowiedź na to pytanie znajduje się tylko w mojej głowie, ale powiem Wam jedno, że oczyma wyobraźni widziałam Lizbonę i jest niesamowicie piękna!

  • Odpowiedz
    Malwina
    8 czerwca 2016 at 15:52

    6godzin spędzonych w ukochanym miejscu z tak pięknym rowerem to marzenie nie jednej kobiety.Ten czas spędziłabym bardzo przyjemnie jeżdżąc tak pięknym rowerem w wybranym przeze mnie miejscu.jezdziła bym na nim bardzo długo zwiedzając ciekawe miejsca myślę że inni ludzie by nie odwracali wzroku od mojego roweru;)na pewno bym się z takim rowerem nie nudziła a zatem bym fajnie i miło spędziła czas nie opuszczając go na krok;)

  • Odpowiedz
    tynka
    8 czerwca 2016 at 16:26

    czy musi to byc europejska stolica? moze byc inny kraj? np. Dubaj? 🙂

    • Odpowiedz
      Charlize Mystery
      8 czerwca 2016 at 21:21

      Zostańmy przy europejskich stolicach:)

  • Odpowiedz
    Aneta P.
    8 czerwca 2016 at 16:50

    Wspaniały zestaw 🙂

  • Odpowiedz
    natalia
    8 czerwca 2016 at 19:09

    jeździła z koleżankami po lesie, albo by dalej?

  • Odpowiedz
    Aneta
    8 czerwca 2016 at 20:02

    Czekałam na Panią, Pani Le Grand. Już na pierwszy rzut oka dostrzegłam, że jest Pani damą. Co prawda nie nosi Pani kapelusza i nie ma wachlarza, ale zgadzam się, nie potrzebuje Pani żadnych rekwizytów. Widzę, że trochę z Pani Narcyz, lubi Pani łamać serca, nieprawdaż? Cóż… Dam Pani tę satysfakcję gdyż oszalałam na Pani punkcie… Opowiem Pani dlaczego. Będzie Pani zadowolona, bo jest Pani główną bohaterką mojej opowieści.
    To chyba to pierwsze wrażenie. Muszę przyznać, że robi je Pani wręcz piorunujące (choć szczerze przyznam, nie tego się spodziewałam w momencie gdy nowoczesny design zahipnotyzował moje oczy). Ta szlachetność elementów, z których jest Pani wykonana odrobinę mnie zdystansowała… Nie, nie, to nie wyrzut! Ma Pani przecież na wskroś nienaganne maniery. Zapamiętam tę naszą schadzkę na zawsze. Zaimponowała mi Pani nieodparcie pociągającym kolorem, intrygująco stylowym oświetleniem i
    jakże oryginalną osłoną koła. Nie wspomnę o bajecznym imieniu: Virginia. Nawet tym, że nasza pogawędka powędrowała w rejony, w które nie zawsze wypada zapuszczać się już przy pierwszym spotkaniu…Wodziła mnie Pani na pokuszenie. Była czarująca. Aż pozwoliłam sobie snuć pewne plany…
    Proszę powiedzieć, czy naprawdę miałybyśmy dla siebie 6 godzin? Wymarzona przejażdżka po stolicy Austrii zapowiada się niezwykle obiecująco. Najpierw mogłybyśmy wspólnie przejechać starówką Innere Stadt by poznać najstarszą część miasta. Tak, malowniczy Pałac Schönbrunn wraz z otaczającymi go, okazałymi terenami zieleni byłby następny. Kusząco zapowiada się też park rozrywki Prater i gigantyczna karuzela, to byłby niezapomniane wrażenia i potężna dawka adrenaliny. Ostudzić emocje udałoby nam się w Ogrodzie Botanicznym przy Belwederze, choć z pewnością niezliczone gatunki roślin przyprawiłyby mnie o zawrót głowy. W najstarszej wiedeńskiej kawiarni Café Frauenhuber słuchając kompozycji Wolfganga Amadeusza Mozarta i Ludwiga van Beethovena, którzy niegdyś często gościli w tym miejscu, mogłybyśmy delektować się lokalnymi przysmakami: słynnym Apfelstrudel (ciasto jabłkowe) lub czekoladowym tortem Sachera – choć Pani pewnie dba linię. A na koniec przy dźwiękach reanimującego zastygłe impulsy moich emocji, walca „Nad pięknym modrym Dunajem” Johanna Straussa, mogłybyśmy odbyć romantyczna przejażdżkę promenadą wzdłuż tytułowego Dunaju. To byłaby cudowna wyprawa. Czy jeśli powiem, że śnię o Pani to usatysfakcjonuję Panią?
    Ludzie powiadają, że ten nieprzeciętny magnetyzm jest u Was, w rodzinie Le Grand cechą rodzinną. Oj tak, podobnie jak Pani bracia (William, Bowman i Metz) i siostry (Madison, Lille, Sanibel, Pave), posiadła Pani rzadką umiejętność zdobywania ludzkich serc… Cóż… A teraz, kiedy towarzyszące powitaniu emocje trochę opadły, nie Pani Virginio, proszę nie odchodzić. Późno już. I tak nie złapie Pani dorożki… Stangret już dawno odjechał.

  • Odpowiedz
    Kasia
    8 czerwca 2016 at 22:56

    W jakiej stolicy nie nudziłaby się ani sekundy podróżująca rowerem „potteromaniaczka” i „sherlockomaniaczka”? Oczywiście w Londynie! Łatwo wydedukować, że obowiązkowo na mojej trasie znalazłoby się: Baker Street 221B, gdzie mogłabym poczuć się jak detektyw wszechczasów oraz dworzec Kings Cross, gdzie udałabym się na peron 9 i 3/4, a stamtąd prosto do Hogwartu! Jeszcze nie dostałam listu, ale o tym ciiiii….

  • Odpowiedz
    Zuzia
    8 czerwca 2016 at 23:17

    Gdybym mogła 6 godzin spędzić w jednej z europejskich stolic, napewno wybrałabym Warszawę! Tak się składa, że nigdy nie byłam w stolicy naszego kraju, więc to idealna okazja. Rower tylko umiliłby czas spędzony w tym pięknym mieście. Po pierwsze, moim rowerkiem podjechałabym zobaczyć symbol Warszawy- Pałac Kultury i Nauki (pewnie jak to, na dziewczynę 21. wieku przystało, zrobiłabym kilka fotek- trzeba mieć, co wstawiać na instagrama 😉 Chciałabym rownież zwiedzić jakąś pobliską kawiarnię, zjeść coś dobrego, wypić świeżą kawę. Oczywiście kawiarenka musi posiadać ładny wystrój, a najlepiej widok na, tętniące życiem, miasto! Tylko tyle wystarczy mi, by czuć się spełnioną. Bo która kobieta nie ucieszy się z dobrego jedzenia, pięknego otoczenia i aromatycznej kawy?

  • Odpowiedz
    Martyna
    8 czerwca 2016 at 23:22

    Trudne warunki atmosferyczne..
    Niezrozumiały język norweski..
    Jestem tylko ja i rower.
    To wszystko sprawiło, że mam nieodpartą ochotę opowiedzieć o mojej wyprawie. Wyprawie do kraju mało turystycznego. Na pomysł wpadł człowiek, który szukał szczęścia. To byłam ja. Virginia.
    Przepiękne. Wyjątkowe. Dla mnie niesamowite – Oslo. Czyste, zielone i lśniące. Zakładam gruby sweter i masywne buty. Mam tylko 6h czasu wolnego. Wybieram wycieczkę rowerową w nieznane. Jest akurat dzień polarny. Mój cel to droga Rallarvegen, malownicza i górska. Po prawej stronie zwracam uwagę na dzikie wodospady, które czynią tę drogę wyjątkową. Zatrzymuję się na moment, aby uwiecznić na zdjęciach ten cud natury. Nie tracę czasu. Pogoda mi nie sprzyja. Pedałuję usilnie cały czas. Mijam tutejszych mieszkańców i wsłuchuję się w niezrozumiały dla mnie język norweski. Za mną już 20km. Do celu pozostało kolejne 20. Czas mnie goni. Ale kiedy przed sobą widzę majestatyczne góry i krystaliczne fiordy zapominam o nim. Przecież „Czas jest też żywiołem”. Cel już jest w zasięgu ręki. Jestem na miejscu. A wokół niepowtarzalna sceneria tego fascynującego szlaku rowerowego. Mój czyściutki, miętowy rower został pokryty błotem. Jednak brudny rower, to szczęśliwy rower. Który przeżył ze mną 6 godzin najwyższej dawki adrenaliny 🙂

  • Odpowiedz
    M
    9 czerwca 2016 at 08:52

    ….czarne baletki, czy trampki?…czarne baletki, czy trampki? czarne baletki! Chyba jednak lepiej pasują do oliwkowej rozkloszowanej spódnicy sięgającej do połowy łydki i białej lekkiej koszuli. Wiosna w Paryżu jest wyjątkowo piękna w tym roku, więc temperatura pozwoliła mi włożyć na siebie zwiewne ubrania. Matko! już 9:15… ja mam tylko sześć godzin, a Paryż taki wielki. Właśnie… wielki… grand, grand – powtarzam w myślach. Obiecałam sobie, że każdego dnia nauczę się dziesięciu nowych francuskich słówek. Zamknęłam pospiesznie słownik, wrzuciłam do torebki mapę, jabłko, wodę i wybiegłam z zabytkowego Le Grand Hotel przy ulicy Scribe. Kolejny raz w Paryżu skłania do szukania nowych miejsc, które mogłabym odwiedzić. Choć w sposobach poruszania się po Paryżu można wybierać długo, ja zdecydowałam się na ten sprawdzony od lat – rower Le Grand.. Rowerem można dotrzeć tam, gdzie nie dociera samochód, czy metro. Pedałując czuję się wolna, a kółka ponoszą dalej i dłużej niż nogi. Zdecydowanie- to mój ulubiony sposób na zwiedzanie miast i właściwie nie wiem, czy to ja bardziej pasuję do roweru, czy rower do mnie. Pierwsze „kroki” skierowałam do małej kawiarenki niedaleko hotelu. Choć miejsca jest mało zamawiam le grand cafe- koniecznie w towarzystwie le grand croissant. Osiągam błogostan… czas się jednak kurczy, więc znów wsiadam na rower i pędzę. O 10:00 otwierają wystawę „Marc Chagall et la musiqe” w Le Grand Palais. Już nie mogę się doczekać! Zostawiam rower przed piękną, oszkloną halą i lecę na spotkanie ze sztuką.
    Po dwóch godzinach zwiedzania, na zasłużony odpoczynek jadę na Pola Marsowe. O tak!! Cień drzew, spokój i multi-językowy turystyczny zgiełk Kręcąc mapą w różne strony wybieram kolejny punkt. Le Grand Rex!! To jest to! Kino w stylu art. deco przy bulwarze Poissonniere. Nigdy tam nie byłam… Nogi rwą się do pedałowania. Gdy docieram na miejsce afisze zapraszają do środka…Kupuję bilet i siadam w trzecim rzędzie. Fotele w kinie są wyjątkowo wygodne… film się zaczął… piękna muzyka. Bipbipbipbipib…dociera powoli do mózgu….bipbipbip…Nie daję za wygraną….”- Kochanie wstawaj, już 7, spóźnisz się do pracy”. Otwieram oczy… rozglądam się… i jeszcze nie dowierzając zdaję sobie sprawę, że leżę w swoim łóżku, w mieszkaniu na gdańskim przedmieściach. Ach…Le Grand Paris!

  • Odpowiedz
    Karola
    9 czerwca 2016 at 11:37

    Kochana Charlize Mystery,
    Serdeczne pozdrowienia z Francji! Stolica mody jest niesamowita, jestem zakochana w tym mieście. Każdy dzień rozpoczynam od wyprawy po zakupy, francuskie jedzenie jest po prostu nieziemskie. Kocham makaroniki i ser Brie! Po śniadaniu wsiadam na rower i zwiedzam miasto, oglądam witryny sklepowe moich ulubionych domów mody oraz stylizacje przechodniów. Po inspirująco modowym poranku ruszam dalej na przejażdżkę. Uwielbiam zatrzymać się w Wersalu, na Polach Elizejskich i przy wieży Eiflla. Czas mija mi szybko i aktywnie.
    Pozdrawiam
    Karolina
    Ps. Jazda rowerem to nie tylko szybki sposób na przemieszczanie się w tym zatłoczonym mieście, ale równie na spalenie zbędnych kalorii po francuskich przysmakach. Mam nadzieję, że zapach Chanel numer 5 dotrze do Ciebie wraz z kartką i poczujesz w Warszawie zapach Paryża. Pour voir!
    karolciuniuskaa@wp.pl

  • Odpowiedz
    Małgo
    9 czerwca 2016 at 12:47

    Na takim stylowym rowerze najchętniej spędziłabym te 6 godzin w Kopenhadze, co prawda miasto udostępnia rowery za darmo (jedynie trzeba zostawić kaucje tak jak w wózku na zakupy w hipermarkecie, a na koniec odebrać), ale na takim byłabym stylowa 😉 Byłoby gdzie jeździć, bo aktualnie jest tam 300 kilometrów ścieżek rowerowych!
    Zaczęłabym chyba standardowo od nabrzeża portowego i Syrenki. Potem chwycę jedną z najlepszych kanapek w Told & Snaps i pojadę w kierunku Pałacu Christianborg, żeby odwiedzić królewskie stajnie 😉 a potem ruszę do alternatywnej Christiani, żeby powłóczyć się po kolorowych uliczkach (z moim rowerem rzecz jasna). O, jak to? To już 5 godzin? No to zdążę jeszcze dojechać do Glyptoteki, tam zaparkuje i pójdę zwiedzać, to jedno z najgenialniejszych muzeów w Europie! A potem, skoro już zaparkowałam, wypiję chłodnego Carlsberga. Pa!

  • Odpowiedz
    Daria
    9 czerwca 2016 at 14:30

    5:30, słońce nie śmiało wznosi się ku górze, jeszcze chwileczkę, jeszcze momencik a ta chwila zostanie w nas na dłużej.
    Już jest. W swej całej okazałości, na tle Alpejskich wysokości.
    Podziwiane z Muzeum Górskiego, wprawi w zachwyt nie jednego.

    Jesteśmy w Turynie. Mieście kradnące serce każdego zwiedzającego.
    Ostatnie zdjęcie. Zostawiam za plecami Turyn.
    Zdecydowanym krokiem, ku paradoksowi, zwracając się ku Holenderskiemu przyjacielowi.
    Miętowa ta dama rzecz jasna, bo inaczej nie stworzyła by ze mną spójnego obrazka.

    Zjeżdżamy z górki, mknąc jak dzieci, zmierzając do Centrum
    Gdzie już Włosi w swej koniecznej gwarze
    Na Piazza San Carlo, zbierają się licznie
    Aby zakończyć poranny rytuał.
    Gdyż bez ekspersso swej pracy nie zaczną
    Więc i ja dołączę, poczuję się jak Włoszka, chociaż
    Swą urodą bardziej przypominam Albinoska.

    Gdy już ostatnie kropelki kawy zastanę na dnie,
    Pełna witalności będę zmierzać do kolejnego celu
    Spieszę się trochę, bo już 8.00
    A do kolejnego Muzeum droga nie jest prosta.

    Pałac Królewski każdy odwiedzić musi,
    kto choć raz w dzieciństwie marzył, aby się spotkać
    Z królewiczem wspaniałym,
    Więc zostawiam swoją koleżankę
    By wśród eksponatów co prawda, jednak
    Na chwilę poczuć się jak dama.

    Już po 10.00 więc mknę jak wariatka,
    Włosi coś krzyczą, coś pokazują
    Chyba mój rower aprobują.

    Kolejny przystanek tego ranka
    to dla fashionistki nie mała niespodzianka.
    Oto via wspaniałości, choć dla mojej karty
    sprawi trochę chudości.
    Louis Vitton, chanele i diory
    Wiedzą, że są lepsze niż jakiekolwiek Amory!

    Kiedy ma wycieczka ma już dobiec końca,
    Wybieram się tam gdzie zaznam więcej słońca
    Do parku gdzie w środku lata
    Mogę się poczuć jak na końcu świata.
    Lato w mieście nabiera wyrazu.

    Proszę Państwa to Turyn swym urokiem zachwyca.
    Jednak 6 godzin to trochę za mało.
    Tak więc mą damę na chwilę oddaję,
    może do mnie wróci, w końcu jak przyjaciel.

    Ktoś zmierza do mnie nie pewnie,
    może tu na dłużej zostanę?..

  • Odpowiedz
    A.
    9 czerwca 2016 at 18:52

    Ole! Chciałabym poczuć się jak „Hiszpanka”. Nie jestem co prawda tak szybka jak „Forrest Gump”, ale marzę by mieć „Podróż za jeden uśmiech” po Madrycie! Z rowerem Le Grand Virginia 3 uwierzyłabym, że „Niebo istnieje… naprawdę”. Żaden ze mnie „Leon Zawodowiec”, a mimo to starałabym się wykorzystać te 6 godzin „Za wszelką cenę” choć wiem, że to byłby prawdziwy „Wyścig z czasem”. Wierzę jednak, że wspólnie z Virginią udałoby nam się „Oszukać przeznaczenie”.
    Na placu Puerta del Sol poczułabym „Zawrót głowy” robiąc „W piekielnym słońcu” selfie na tle niedźwiadka i drzewka poziomkowego (herb Madrytu). Park Retiro obudziłby mój „Szósty zmysł”. Widok tak olbrzymiej, zielonej przestrzeni byłby jak „Lśnienie” – jeździłabym dookoła a każdy zakamarek przyspieszałby bicie mojego serca. Rzeźby, fontanny, rośliny jakich mój „Piękny umysł” nawet nie jest w stanie sobie wyobrazić, pomnik z kolumnadami Alfonsa XII i Palacio de Cristal to „Totalna magia”.
    W sercu miasta – Plaza Mayor obejrzałabym zabytkowe kamienice (Dom Cechu Piekarzy i Dom Cechu Rzeźników). A w Botin – pobliskiej restauracji mającej ponad 200 lat, zjadłabym tradycyjny, hiszpański gulasz Cocido albo potrawę z ryb – Bacalao. Może spotkałabym tam jakiegoś uroczego Hiszpana? Mama co prawda zawsze powtarza: – „Nigdy nie rozmawiaj z nieznajomym”, ale chciałabym przeżyć „Krótki film o miłości”, poczuć się jak „Pretty Woman” i zatańczyć flamenco. CaixaForum – jeden z najbardziej zadziwiających budynków świata, byłby następnym celem mojej rowerowej wyprawy. Później Plac de Castilla i architektoniczne cudo zwane Bramą Europy, czyli skłaniające się ku sobie drapacze chmur. Mam „Przeczucie” że ten widok zapiera dech w piersiach.
    I na koniec, zanim zapadnie „Zmierzch” stadion mojego ukochanego Realu Madryt – Santiago Bernabeu! Ole! Hala Madrit! Przejażdżka wiodąca do tego obiektu byłaby niczym „Droga do szczęścia”. W momencie, w którym moje stopy dotknęłyby murawy, poczułabym, że „Jestem Bogiem”! Rozejrzałabym się uważnie, czy w pobliżu nie ma przypadkiem Cristiano Ronaldo, choć mam świadomość, że to „Fatalne zauroczenie”.
    Na dobranoc, wiszący wysoko na niebie „Księżyc w nowiu” oświetlałby mi drogę powrotną. Mknęłabym tajemniczymi uliczkami, mijała rozbawionych ludzi i myślała tylko o tym, że moja skóra – „Skóra w której żyję”, właśnie ma za sobą najpiękniejszy dzień swojego istnienia – „Dzień w którym zatrzymała się ziemia” . Bo tak bym się czuła i tymi słowami podsumowałbym swoją hiszpańską przygodę gdyby zdarzyła się naprawdę. Ole! Ole! O_le_(Grand)!

  • Odpowiedz
    Bożena
    9 czerwca 2016 at 20:42

    Już czuję presję czasu… Ręce ściskają kierownice, nogi gotowe do startu, skupiony wzrok, i 6 godzin ,które mogą okazać się najlepszymi w moim życiu. Biorę głęboki oddech, odliczam sekundy… 3,2,1 START!!
    Dynamicznie ruszam do serca Paryża, wiatr targa mi włosy, myślę „w końcu spełnię największe marzenie”. Dojeżdżam na miejsce i napawam się widokiem budowli ,która jest wizytówką tego pięknego miasta. Przy okazji jem lody z budki znajdującej zaraz obok wieży ,o których smaku snute są legendy.
    Dalszy punkt wycieczki stanowi najpopularniejsze muzeum – Luwr. Odwiedzam pannę Mona Lise, kobietę o uśmiechniętych oczach. I robię Monalfie – pamiątkowe selfie. W chwili lunchu wybieram się na prawdziwe, paryskie makaroniki – wypróbuję wszystkie smaki. Następnie snuję refleksje przejeżdżając przez pełne tajemnic, wąskie i piękne uliczki, w których ja i mój miętowy rower odnajdujemy prawdziwy czar Paryża. Ponieważ nie ma chwili do stracenia, mknę przez pola elizejskie ku łuku triumfalnemu. Nie mogę odmówić sobie wjazdu na tą monstrualną budowlę, gdzie na szczycie, po 5 godzinach i 59 minutach cudownej przejażdżki ,będę mogła z dumą powiedzieć „ten tryumf zawdzięczam Charlize!” 🙂

  • Odpowiedz
    Ewelina Bethke
    9 czerwca 2016 at 22:12

    Jestem w Zagrzebiu chociaż wczesna godzina wsiadam na rower. Czas przygodę życia zaczynać. Choć to tylko 6 godzin, może czasu nie wiele, czuję wiatr we włosach zaczynam jechać przed siebie. Serce mi bije i w sercu miasta się znajduję ulicą Tkalčićeva przemykam, Jednak nic mojej uwadze nie umyka. Słyszę szum wody, przebijający się przez uliczny gwar. Widzę po drodze kilka zakochanych par. Kamienna brama mój wzrok przykuła. Ruszam jednak dalej może spotkam latarnika. Jest to nie lada sztuka rzadko kto go tutaj spotyka. Mijam kawiarnie, puby i bary czy to są chyba jakieś czary. Jest tu tak magicznie, że chce się zostać wiecznie. Czuję się tutaj nadzwyczajnie bezpiecznie. Towarzysz mój wierny kompan Le Grand świetnie sobie radzi. Nie pozwala na to by o krawężniki zawadzić.Mijam miejsca nieznane, tajemnicze. w powietrzu unoszą się kuszące zapachy to chyba słodycze. Dojeżdżam do źródła, które swoim zapachem mnie skusiło to nie słodycze to chyba moja nowa miłość (owoce). Jestem na targu Dolac zwanym Brzuchem Zagrzebia kupuję owoce, które będę podjadać przez kolejne noce. Przepyszne figi, granaty, pakuję do koszyka i pędzę dalej bo czas tak szybko umyka.Mijam najkrótszą kolejkę na świecie choć chciałoby się nią pojechać wiem, że mój ukochany rower na mnie czeka. Zsiadam więc tylko na chwilę by rozprostować nogi. Bo przede mną jeszcze jest kawałek drogi. Jestem gotowa wyzwanie podejmuję. I po kolei wszystkie planety układu słonecznego znajduję. Davor Preis stanął na wysokości zadania, bardzo lubię takie wyzwania. Po wyczerpujących poszukiwaniach ruszam w stronę placu króla Tomisława. Znajduję cudowny park, w którym przystaję na chwileczkę i siadam na ławeczkę. Zamykam oczy, nasłuchuje obok mojego ucha ptak przelatuje. Ćwierkając wesoło lata w koło. Ta chwila upojna dobiega końca, w tle słyszę dźwięki tak to ze sceny płyną piosenki. Jadę do ostatniego celu, którym jest cudowne muzeum. Museum of Broken Relationship nazwa przedziwna tutaj w tej chwili się znajduję. Wrażeniami się za chwilę podzielę obiecuję. Wielkie miłości i życiowe pomyłki. Historie zabawne ale też tragiczne, To wszystko jest takie komiczne. Towarzysza mi skrajne emocje jednak to ciekawe doświadczenie Patrzę zegarek już mam prawie spóźnienie. Siadam jeszcze na chwilę w niewielkiej kawiarni by skosztować miejskich specjałów. Pyszna kawa i ciasto na koniec podróży. To bardzo dobrze wróży. Po pełnym emocji dniu udaję się w hotelowe zacisze, by pewne sprawy przemyśleć. I tak właśnie ten piękny dzień dobiega końca teraz pozostało mi tylko podziwiać zachód słońca,

    Taki dzień byłby moim dniem wymarzonym, wyśnionym, upragnionym. Niestety mając malutkie dziecko pozostaje tylko śnić o takich podróżach, a w przyszłości mam nadzieję, że te marzenia będą zrealizowane 🙂

  • Odpowiedz
    Sandri
    10 czerwca 2016 at 11:29

    Przyjeżdżam EC ze świebodzina do Berlina. Za 6 h wracam następnym pociągiem do domu. Cel jest prosty – zobaczyc jak najwiecej. Jest ze mna moj pastelowy jednoślad! Cudny! Nie mam planu ani mapy! Spontan! Berlin – here we come! Ahoj przygodo! Już na peronie wskakuję na rower – ooops! – to chyba zabronione. Pan w kamizelce „security” biegnie za mną i krzyczy…a ja tylko: „nicht verstehen!”. Uff! Udałlo sie. Uciekłam! Jadę superowymi scieżkami rowerowymi. Widzę kopule Reichstagu – kierunek więc obrał się sam. Przejezdzam obok siedziby rządu. Znam j ą z telewizji. Macham jak szalona do Angeli Merkel! ś mieje sie co tchu. Jakie to głupie, przecież ona mnie nie widzi!.Na pewno?;) A może akurat widzi haha! Jadę dalej, nieopodaj jest wielki park. Akurat podlewają tam trawniki. Wjeżdż am w każdy strumień wody, to przyjemna ochłoda w tak gorący dzień! I jeszcze w kazda kałuze! Nogi w góre plum! Plum! chlup! i jeszcze jedna! Jak dziecko! Jestem już cała mokra, jade szybciej, słonko wysuszy mnie wnet! O! Co to!? Brama brandenburska! Not o go! Przejeżdżam między jej solidnymi filarami. I Jeszcze raz spowrotem! I jeszcze raz w 2. stronę. Jak szalona! Wzbudziłam zainteresowanie innych turystow, smiej ą sie i machaj ą do mnie! Ale – oczom nie wierze – rower piwny! 8 dziewczyn siedzi na jednym rowerze, pedałuj ą i przy tym pija piwko z beczki, ktora jest na ś rodku roweru. Podłączam sie do nich. Okazuje sie, że dziweczyny sa z Anglii i swietuj ą wieczor panienski jednej z nich. Super! Zycze im miłej zabawy i jade dalej. Sklep z pamiatkami! Wchodzę! OMG! To najwiekszy dzwonek rowerowy jaki widzialam! Piekny kolorowy z wielkim serduchem i napisem „I love Berlin”. Kupuję! Montuję! Jadę i znowu doganiam rower piwny! Dzyń-dzyń! Pozdrawiam laski moim nowym super dzwonkiem. Nagle widze sprzedawce wielkich precli! Kupuje 1 na pozniej i umieszczam go w moim koszyczku. Ten rower to normalnie wypas! Przed soba widzę tego złotego aniolka na kolumnie. To tu przecież byla love parade…haha jako dziecko zawsze chcialam w niej uczestniczyc! Stoi on posrodku wielkiego ronda. Objeżdżam to rondo w koło. Aniołek jest taki super, ze jade jeszcze raz wkoło! I jeszcze raz! I jeszcze…och kreci mi sie w głowie! No to? W druga stronę haha 🙂 po kilku kółkach jade dalej! Dojeżdżam do rzeki i jade wzdłluż jej brzegu. Ludzie chilluja, pija piwko, słuchaja muzyki. Klimat jest boski. Dzyń-dzyń! Pozdrawiam ich moim dzwonkiem. Przerwa na precla! Nagle dosiada sie do mnie grupka turystow z Japonii. Tak! Chca zdjecie! Cyk cyk cyk!Udziela mi sie berlinski klimat. Właczam muze na moim smartfonie i umieszczam go w koszyczku. Muza bije z koszyka! Na na na! Spiewam! Z wiatrem we włosach gnamy dalej. Dojezdzam na wschod berlina, tu stoja pozostałosci muru berlinskiego, każda czesc pomalowana w innym stylu: grafitti, portrety, mozaika. Teraz ja proszę kogos aby zrobil mi zdjęcie. Ja i LeGrand na tle tego kolorowego muru – czad! Ojej, za h odjeżdża moj pociag powrotny! Hop! Gnam co tchu! Nie do konca wiem czy jadę w dobra stronę!? Nagle widzę wielki, szklany dworzec. Uratowana! Na pewno tu wrócimy – ja i moja strzałla!!! Nie mowię po niemiecku, ale jedno wiem: .Berlin + Ich + Fahrrad = Liebe!

    Cudne fotki! Pozdrawiam!

  • Odpowiedz
    editt
    10 czerwca 2016 at 14:09

    “Jesteś w jednej z europejskich stolic, masz rower Le Grand i 6 godzin dla siebie. Opisz jak spędzisz swój dzień.”

    Mając 6 godz dla siebie to jest niewiele jak ktoś bardzo lubi wycieczki rowerowe . Gdybym miała do wyboru z przyjemnością bym zwiedziła stolicę Francji czyli Paryż, ponieważ mam osobowość romantyczki a to miasto jest stworzone dla romantyków, może dzięki tej wyprawie mogłam by spotkać swojego wybranka . Na początek mojej trasy wybrałam bym Wieżę Eiffla ponieważ jak, każdy turysta przebywający we Francji nie przepuścił by takiej okazji, ale definitywnie na miejscu drugim był by Łuk Triumfalny w Paryżu z racji tego, że jestem pasjonatką polityki francuskiej a co za tym idzie rewolucji francuskiej a także wojen napoleońskich, który ten właśnie łuk został zbudowany na ich cześć. Jeżeli wystarczyło by mi czasu, chciałabym spędzić nad Sekwaną, ponieważ uwielbiam podziwiać przyrodę a także w zgiełku miasta wyciszyć się.

  • Odpowiedz
    OLA
    10 czerwca 2016 at 20:23

    Jest piękny majowy poranek. Moja kotka już mruczy mi nad uchem domagając się śniadania. Przeciągam się lekko na łóżku by choć przez chwilę zatrzymać resztki snu. Pośpiesznie wstaję ponaglana przez Lunę i także pośpiesznie jem płatki z mlekiem. Wychodzę zostawiając za sobą pusty dom. Z garażu wyciągam rower i już wiem, że będzie to wspaniały dzień. Pierwszym punktem mojej rowerowej wycieczki jest pobliski park Buttes Chaumont. Uwielbiam pędzić po parku słuchając śpiewu ptaków połączonego z wesołym upominaniem dzieci przez rodziców by nie przekarmiały kaczek pływających w wodzie. Robię trzy rundki wokół parku i jadę na ulicę w mieście, która najbardziej tętni życiem. Jest niedziela więc całe rodziny powychodziły by choć na chwilę się zatrzymać i spędzić razem czas po całym tygodniu pracy. Ja mknę między ludźmi, lekki podmuch wiatru rozwiewa moje rozpuszczone włosy, a jeszcze wczesne promienie majowego słońca ogrzewają moją bladą twarz. Jadąc na rowerze rozglądam się i widzę dookoła pełno uśmiechniętych ludzi..tu kwiaciarka z wielkim słomianym kapeluszem na głowie sprzedaje świeże kwiaty, obok chłopiec w koszulce ze Spidermanem ciągnie swoją mamę za rękę by ta przestała w końcu rozmawiać z koleżanką i zobaczyła te super klocki na witrynie pobliskiego sklepu, a jeszcze dalej starszy Pan karmi bezpańskiego psa. Ja dalej gnam przed siebie i czuję się wolna, nic mnie nie trzyma, jestem tylko ja i mój rower. Zatrzymuję się tylko na chwile przed kościołem Notre Dame. Zsiadam z roweru i wchodzę do środka. Wewnątrz jest dużo chłodniej niż na dworze, ale nie przejmuję się tym. Siadam do ławki i modlę się, po chwili opuszczam kościół. Dalszą część mojej podróży spędzam na obrzeżach miasta. Mijam kolejno dom za domem obserwuje po drodze ludzi pracujących na swoich gospodarstwach. Nagle niefortunnie najeżdżam na kamień przez co spada mi łańcuch w rowerze. Swoja pomoc oferuje mi przystojny paryski młodzieniec, jego dłonie tak sprawnie pracują, że po chwili znów mogę mknąć przed siebie. Kiedy nareszcie osiągam cel swojej wycieczki, a jest nim Sekwana zsiadam z roweru zdejmuję buty i idę po ciepłym piasku na molo. Zanurzam stopy w chłodnej wodzie i rozkoszuję się chwilą. Po półgodzinnym odpoczynku czas wracać więc wsiadam z powrotem na rower i jadę, po drodze zatrzymując się tylko na obiad w niedalekiej restauracji. Tak, to był wspaniały dzień spędzony w Paryżu! Ola

  • Odpowiedz
    Melduję Gotowość
    10 czerwca 2016 at 22:34

    Gdybym mogła wybrać jakąkolwiek europejską stolicę, aby spędzić w niej sześć godzin z tym cudownym rowerem to z całą pewnością wybrałabym Lublanę. Dlaczego? Wystarczy spojrzeć na zdjęcia Lublanicy i te wszystkie budynki, które się przy niej znajdują. Cud architektury połączony z ogromnym darem natury- coś pięknego. Oczami wyobraźni wyobrażam sobie ten dzień, zaczynam głośno myśleć. Siedzący obok mnie narzeczony chłodnym tonem stwierdza: „Bądź realistką skarbie, znając Ciebie to godzinę spędziłabyś na zaznajamianiu się z mapą, później próbowałabyś odgadnąć gdzie jesteś i milion razy zmieniałabyś plan działania! W drodze do celu zabłądziłabyś co najmniej cztery razy i trzy razy weszłabyś na jakieś lody. Oczywiście zakładając, że nie będziesz przejeżdżała obok sklepów z butami, wtedy to już w ogóle te sześć godzin nie starczyłoby Ci na nic… A no i wiesz, znając Twoje szczęście to pewnie zaczęłoby lać!” Coś w tym jest. Z moją wrodzoną niezdarnością i roztrzepaniem te sześć godzin minęłoby zdecydowanie za szybko. tego rowerka to bym potrzebowała chociażby na dwa tygodnie!

  • Odpowiedz
    Ewa Sikora
    11 czerwca 2016 at 08:52

    Wraz z mężem 05.06. obchodziliśmy rocznicę ślubu. W związku z nią zabrała bym na taką wycieczkę swojego męża by świętować spędzone wspólne lata, a że mam w domu fana piłki nożnej zrobiła bym mu przyjemność i chętnie przeniosła bym nas do Paryża a wtedy przez 6 godzin jeździli byśmy od strefy kibica do strefy kibica 😊podziwiając przy okazji piękne miasto 😉

  • Odpowiedz
    Ewelina Malina
    11 czerwca 2016 at 09:52

    Wybiera się Ewelina wraz z rowerem Le Grand za morze,
    Ale wybrać się nie może.
    Trudno jest się rozstać z krajem,
    A ja właśnie się rozstaję.
    Pojadę więc do Kopenhagi, by z Le Grandem dobrze się zabawić.

    Morski klimat, miętowy rower, kanapki w plecaku i uśmiech na twarzy. Pierwszym miejscem które odwiedziliśmy z Le Grandem był Zamek Rosenborg. Niestety obejrzeliśmy tylko jego zabudowania i Ogród Króla (Kongens Have), ponieważ przed wejściem do muzeum znajdowała się tabliczka „rowerów wprowadzać nie wolno”. Lekko rozczarowani postanowiliśmy pojechać do Amalienborg, z nadzieją, że zostaniemy wpuszczeni do zespołu pałacowego. Dziedziniec Pałacu był przepiękny, Le Grand aż piszczał z wrażenia 🙂 Doszłam do wniosku, że miętowy kolor zawsze przynosi mi szczęście – zdążyliśmy na uroczystą zmianę warty przed Amalienborgiem! Nagle jeden z gwardzistów królewskich w czarno-niebieskim mundurze spod swojej charakterystycznej czapki z futra niedźwiedziego łypnął w moim kierunku jednym okiem i zawołał do nas „Forbuddet til cykling!”. Musieliśmy szybko się ewakuować… Dojeżdżając do centrum spojrzałam na zegarek z nadzieją, że możemy już wracać do domu. Ale zostało nam jeszcze całe trzy godziny! Zaraz, zaraz… Centrum Kopenhagi było inne niż poprzednie miejsca – tutaj roiło się od rowerów! Zielone, czerwone, niebieskie, białe – każdy duńczyk posiadał swój własny rower! Le Grand był zachwycony i miał łzy na… oponach 🙂 To raj dla jednośladów, ja również byłam zafascynowana ścieżkami rowerowymi i osobnymi pasami ruchu dla rowerów na drogach. Dowiedzieliśmy się od innych jednośladów (Le Grand przypomina mi, że żaden nie był tak uroczy jak on), że Kopenhaga jest rowerowym miastem świata. Ostatnie trzy godziny spędziliśmy z Le Grandem na jedzeniu kolorowych lodów (z przewagą smaku miętowego) oraz na robieniu mnóstwa zdjęć na których uwieczniliśmy oryginalne jednoślady (Le Grand był trochę zazdrosny więc jest na każdym zdjęciu). Ostatnie najpiękniejsze godziny bardzo szybko nam umknęły. Mimo niezbyt udanego początku wycieczki, oboje z Le Grandem byliśmy zachwyceni rowerową Kopenhagą. Do następnego!

    Gdy już sześć godzin pobyliśmy w mieście,
    Pomyślałam sobie wreszcie:
    Kto chce zwiedzać obce kraje,
    Niechaj zwiedza. Ja w Warszawie z Le Grandem zostaję!

  • Odpowiedz
    Karolina
    11 czerwca 2016 at 11:13

    Po ostatnim konkursie Eurowizji zauroczyłam się w dystansie i poczuciu humoru, który prezentowali Szwedzi. Ich ulubioną stylizacją jest autoironia idealnie współgrająca z szerokim uśmiechem. Taka postawa zawsze jest na topie i niezmiennie podbija moje serce. Chciałabym częściej doświadczyć takiej swobody na polskich ulicach, niech sezon na pogodę ducha trwa cały rok!

    Gdybym miała spędzić sześć godzin w jednej z europejskich stolic, to bez dłuższego zastanowienia wybrałabym miasto tysiąca wysp – Sztokholm. Pewnie mknęłabym Vigrą 3, chłonąc pozytywny nastrój miast i czerpiąc dobrą energię płynącą z rozmów. Tak, właśnie bardziej skupiłabym się na ludziach, bo sześć godzin to dla mnie zbyt krótko, aby nacieszyć oczy barwnymi krajobrazami i paletą atrakcji. Jednak nie byłabym sobą, gdybym nie zabrała aparatu i nie spróbowała uwiecznić chociaż kilku chwil z podróży. A ze Sztokholmu przywiozłabym zestaw idealny – uśmiech i dobre samopoczucie.

  • Odpowiedz
    Anna Ł.
    11 czerwca 2016 at 12:39

    Choć czas pędzi do przodu,
    Ja sięgam do epizodu,
    Opisując dzień od końca,
    Po dniu pełnym słońca,

    Oh i ah, ja na Le Grand,
    I tak! I’m from Poland,
    Gwar kawiarni i Włoch,
    Nie robi mi to foch,

    Raviolo con uovo,
    Odkrywam dziś na nowo,
    Piazza della Signoria wypowiadam jak Włoszka,
    Choć nie jest to moja broszka,

    Kapelusz z głowy spada,
    Lecz ktos mi go zakłada,
    Wiatr czesze włosy,
    I tworzy mi z nich kłosy,
    Pit-stop na włoskie lody,

    Tak tylko dla ochłody,
    Włoskie winnice, kolorowe grona,
    Pizza, polenta nieoceniona!

    Modne kreacje skradły mój wzrok,
    Bo odkładałam na nie z rok,

    Mint Virginia, słomkowy kosz,
    biały kanotier, pęk świeżych róż,
    Włoska przygoda dzięki Le Grand,
    A wszystko po to by wygrać ten grant.

  • Odpowiedz
    Wiewióra
    11 czerwca 2016 at 12:56

    Lizbona, piękny ciepły poranek. Mam tylko 6 h więc muszę się spieszyć 🙂 Najpierw zwiedzam największe atrakcje Lizbony : Torre de Belem, Zamek św.Jerzego, Katedra Se, Pałac Ajuda,… . Na szczęście dzięki temu, że poruszam się na rowerze mogę zaoszczędzić trochę czasu i przejeżdżam pięknymi, malowniczymi uliczkami Lizbony, które odzwierciedlają prawdziwy klimat Portugalii. Na koniec ląduje na plaży, rozkładam koc i napawam się oceaniczną bryzą, jednocześnie opalając się 🙂

  • Odpowiedz
    Karolina woźniak
    11 czerwca 2016 at 18:28

    Jestem Europejką, choć z małej podlubelskiej miejscowości to Łynie w moich żyłach międzyeuropejka krew. Dlatego w każdej ze stolic czułabym się jak szprycha…w rowerze. Ale moim marzeniem jest przejechac wzdłuż i wszerz stolicę Norwegii-Oslo. Oczywiście najpierw musze zadbac o nasz look. Nasz to znaczy mój i mojego rowera,żeby nie odbiegać od tych pięknych Europejek. Staranny makijaż,delikatny bo przecież jade rowerem i na tyle trwały żeby wytrzymał pedałowanie. Starannie dobrany strój-tak, żeby podreślić talie i być przygotowanym na każdą możliwą pogodę. No i oczywiście żeby świetnie wyglądac na zdjęciach- to nieodłączny element moich rowerowych wycieczek.
    Jestem tu, jestem w Oslo, wdycham mocno świeże powietrze i rozglądam się dookoła żeby chłonąc miejski norweski szyk. Rzeźkie powietrze robi delikatne ciarki na mojej skórze,kiedy powoli zaczynam pedałować.Żeby poczuć klimat tej wspaniałej europejskiej stolicy mam do zrobienie trzy rzeczy,ale az 6 godziń ,więc dam radę. Pierwsza z nich to chłonąc oczami piękno krajobrazu, tej metropolii położonej w środku lasu. Zobaczyć przepiękny budynek The Norwegian Nationa Opera &Ballet, strzelić sobie selfie na jednym z fiordów i choć z daleka ta wilelką skocznię na której tak często rozbrzmiewał Mazurek Dąbrowskiego. Druga rzecz to pochłoną to miasto kosmkami jelitowymi. Spróbować cenionej na całym świecie jagnięciny, łosia i koniecznie świeżych owoców morza. Ach już mi ślinka cieknie. No i teraz mogę śmiało popedałować żeby zakupić sobie pamiątkę z norweskiej stolicy. Dobrze,że mam Le Grand-zaraz spalę kalorie. Jade teraz zrobić sobie przyjemność. Czyli pobuszowac po norweskich butikach. Podotykać norweskich tkanin, tych północnych krojów tkanin i milusich futer.Długie swetry, niedbale zarzucone chusty, ciężkie buty z cholewką, najlepiej z ćwiekami-tak chcę mieć to za chwilkę przerzucone w koszyku rowerowym .Chcę mieć w szafie pamiątkę na całe życie. Kiedy otworze drzwiczki chcę czuć powiew Oslo. Wykręciłam moim rowerem 6 godzin szczęścia!

  • Odpowiedz
    Majka
    11 czerwca 2016 at 21:47

    Od bardzo wielu lat, pewna dziewczynka pragnie odwiedzić baśniowy świat, i choć już wiosen ów dziewczynka liczy sobie ponad naście, jej miłość do kraju Zimnolubów nie gaśnie. Dlatego na wszelkie przeszkody nie zważając, wyrusza rowerem do Reykjavíku swe marzenia spełniając…

    Nie z byle jakim rowerem lecz właśnie z rowerem Le Grand spotykam się przy rzeźbie Sun Voyager jeszcze przed świtem, by razem popijając kawę i zagryzając herbatniki obserwować ów rzeźbę w promieniach wschodzącego słońca. Kiedy nasycimy już oczy, lampy i żołądki, zdradzę prawdziwy cel wyprawy – poszukiwanie islandzkich elfów. Jeszcze nawet nie dokończyłam zdania a Le Grand zahamował gwałtownie, na szczęście jestem przygotowana na taką ewentualność i mam ze sobą kilka legend o elfach. Kiedy cały strach znika, przypominam rysopis elfa, a tak naprawdę jego cechy szczególne – duże uszy i długie, szczupłe nogi, Le Grand zamrugał lampą, że co, że ja jestem elfem? Spór jednak nie trwa zbyt długo i razem lekko wyruszymy na pchli targ Kolaportið, tam z trudem, aczkolwiek skutecznie Le Grand powstrzymuje moje zakupoholickie zapędy, poprzez ograniczoną pojemność swojego koszyka. Zaopatrzona w ciepły, dziergany sweter (który na pewno przyniesie nam szczęście) wyruszam dziarsko dalej na Stare Miasto. Tam przyprawieni o kolorowy zawrót głowy miejskiej zabudowy jeździmy po całej ulicy, na szczęście hamujemy w porę i udaje nam się nie wjechać wprost do jeziora Tjörnin. Tutaj czujemy się jak ryby w wodzie, jedziemy co tchu mijając inne jednoślady. Zbaczamy na chwilę z trasy by odwiedzić kościół Hallgrímskirkja. Le Grand nadrabia zaległości muzyczne słuchając Sigur Rós, a ja co tchu wdrapuję się na 75 metrową wieżę, by zobaczyć zapierający dech w piersiach widok panoramy Reykjavíku (niestety stąd również żadnego elfa dojrzeć nie sposób). Po chwilowej utracie świadomości zbiegam do mojego jednośladu, po upewnieniu się, że wszystko ze mną w porządku nie decyduję się na wstąpienie po pomoc do szpitala uniwersyteckiego i jedziemy dalej przez park Klambratún i gdy tak wesoło przecinamy ścieżki rowerowe spoglądam na zegarek, po raz pierwszy od początku naszej wyprawy, dlatego wbijamy 3 bieg i pędzimy przed siebie. Le Grand oczywiście musi zboczyć z trasy, bo koniecznie chce sprawdzić stan ścieżek rowerowych w Elliðaárdalur, w ramach negocjacji udaje mi się za to odwiedzić Open Air Museum, odpowiednik naszego skansenu, gdzie z trudem powstrzymuję Le Grand od pomysłu przejechania po pagórkach, które to są w rzeczywistości dachami porośniętymi trawą – jednak gdzie nie spojrzeć, nie możemy natrafić na trop elfów. I tym samym mamy już naprawdę niewiele czasu, dlatego pędzimy ulicą Laekjargata, wzdłuż której podziwiamy starą zabudowę. Droga staje się kręta, a na rondach nie trudno o pomyłkę (to chyba elfy płatają nam figle), nasza determinacja jednak wygrywa do tej pory nie widzieliśmy jeszcze elfów (jednak cały czas czujemy ich wzrok na naszych plecach tudzież błotnikach), dlatego opuszczamy stolicę i decydujemy się na wypad na południe do Hafnarfjörður (Islandzka stolica elfów), gdzie według podań w centrum miasta mieszkają elfy, rozpaczliwie rozglądamy się dookoła, ale nadal nic nie widzimy i dopiero w ogrodzie botanicznym, nie wiem czy to ze zmęczenia, czy po prostu mamy szczęście, ale widzimy jakąś postać, sprawdzamy i rzeczywiście opis się zgadza, jednak gdy ponownie podnosimy wzrok znad przewodnika postać znika. Na wszelki wypadek jednak zostajemy jeszcze na chwilę w restauracji, nie mogąc się zdecydować na szaszłyk z wieloryba ani na potrawkę z maskonura, zajadamy elfickie dania, tym razem nie prosząc o tłumaczenie, co zawierają i jest naprawdę pysznie.

  • Odpowiedz
    Monica
    12 czerwca 2016 at 12:18

    Ktoś może wybierze jakieś odległe kraje,
    a ja na przekór z Virginią w WARSZAWIE zostaje!
    Bo złowieszczy los i matka natura sprawiła,
    że moja osoba się w stolicy nigdy nie pojawiła.

    Łazienki królewskie znam tylko ze zdjęcia,
    o pięknych pawiach też nie mam pojęcia.
    Wiewiórki bym chciała na żywo zobaczyć,
    i jakie są słodkie, im wytłumaczyć.

    Płac Kultury i Nauki, ten budynek wysoki,
    przekonać się czy haczy o obłoki.
    historyczne Muzeum Warszawskiego Powstania ,
    i stare miasto co zachwyca od dziejów zarania.

    Przyszło mi jeszcze do głowy,
    że przejechałabym się pod Stadion Narodowy.
    To największy w kraju obiekt sportowy
    a potem Multimedialny Park Fontann kolorowy.

    I najsłynniejszą ulicę bym wzdłuż objeździła,
    bo póki co to Marszałkowska nawet mi się nie śniła.
    Na koniec dach biblioteki i zielone ogrody ,
    gdzie oglądałabym w ciszy słońca zachody.

    Z Le Grand byłoby cudownie już to czuje,
    Warszawa w mych myślach czarem eksploduje.
    I jak w przysłowiu: „cudze chwalicie, bo nie znacie swego”
    z rowerem chciałabym poznać zakątki kraju ojczystego.

  • Odpowiedz
    Ada
    12 czerwca 2016 at 13:32

    Przede wszystkim nie pojechałabym sama. Wzięłabym ze sobą moje psy i wyruszylibyśmy do Budapetszu. Na zachodzie Europy był już każdy a południe/wschód sa strasznie niedoceniane. Pojechalibyśmy wzdłuż Dunaju i zwiedzili przy tym wszystkie obiekty turystyczne. Potem, wjechalibyśmy na Elisabeth Lookout, aby zobaczyć panoramę miasta. Z tego względu, że nasza trójka uwielbiamy jeść, ważnym punktem byłaby wizyta w restauracji z typowo węgierskim jedzeniem, oczywiście wszystko w czasie jazdy na rowerze. W nocy, po zachodzie słońca, przejechalibyśmy przez Most Łańcuchowy. Będąc na Węgrzech nie wyobrażam sobie nie integrowć się z naszymi węgierskimi przyjaciółmi w myśl zasady ,,Polak, Węgier bwa bratanki (…)”.

  • Odpowiedz
    maartikaa89
    12 czerwca 2016 at 16:30

    Idealna wycieczka rowerowa, to ta spontaniczna wycieczka rowerowa. Aby zadanie konkursowe stało się jeszcze ciekawsze postanowiłam zdać się na los 🙂 Wypisałam stolice europejskie na karteczkach i … wylosowałam. TAAAADAAAAAM. Ze względu na swoją historię i znaczenie miasto to jest bogate w zabytki i wybitną architekturę. Trafiłam na fantastyczną stolicę Chorwacji, wylosowałam Zagrzeb 🙂 Teraz jak opisać swoją wycieczkę po tym mieście 🙂 Zawsze chciałam tam pojechać, jednak nigdy nie miałam tam po drodze. Nie będę rozpisywać w szczegółach całej trasy, bo aż tak nie dociekałam ile minut będę jechać z punktu A do punktu B, a nie chce też wymyślać i ubarwiać. Zaczęłam więc poszukiwania co warto zobaczyć w tym mieście. Pamiętając, że jadę rowerem i mogę praktycznie podziwiać budynki i widoki cały czas, bez zsiadania z roweru :)TAAAAAAAAAK. I to jest cel 6h jazdy rowerem LE GRAND, całe 6h jazdy. Bez zsiadania i odpoczywania. Wygodne buty, i wsiadamy na rower. Głównym placem Górnego Miasta jest plac św. Marka , niegdyś pełniący funkcję handlową, dziś polityczne centrum Chorwacji . Na Górnym Mieście znajduje się szereg muzeów i galerii. Czyli to jest mój punkt pierwszy do zobaczenia. Udało mi się dowiedzieć, iż znajdują się tam punkty z rowerami do wypożyczenia, wniosek wysunął się sam 🙂 Miasto jest przyjazne dla rowerzystów i wszędzie będę mogła się dostać 🙂 To jest mega plus. Może gdzieś po drodze poznam przystojnego Chorwata i on zostanie moim przewodnikiem po tym mieście. Ja mogę odwdzięczyć się tym samym, zostać przewodnikiem po polskich miastach :)Więc jadę i podziwiam. Na placu św. Marka stoi jego kościół. Jego dach pokryty kolorową mozaiką, układa się w herby Chorwacji i Zagrzebia. Tak charakterystyczny, wielokrotnie przedstawiany na zdjęciach w rzeczywistości ma w sobie dużo więcej uroku i czaru niż to widać na zdjęciach. I tu odpala się moja wyobraźnia i ja już chce tam być i zobaczyć ten budynek. Uwielbiam zwiedzać kościoły, uwielbiam. Chodź sama nie jestem jakoś bardzo wierzącą osobą, to kościoły mają w sobie coś fantastycznego. Tyle historii do opowiedzenia. I tu ubolewanie, widzę kościół, jednak nie wchodzę do środka. Może innym razem 🙂 Poruszając się dalej po Górnym Mieście mam jeszcze jeden kościół do zobaczenia. Tamten był gotycki, ten jest barokowy, Kościół św. Katarzyny. Po drodze mam jeszcze ogrom jezuickich budynków i ruin, coś genialnego jechać koło tego rowerem i popijać kawę w papierowym kubeczku, bo nie ma czasu na zatrzymywanie się w kawiarniach, mam tylko 6 godzin 🙂 Więc jadę tym moim rowerem, przejeżdżam pod Kamienną bramą pochodzącą z XIII w., potem mijam Księżycową wierzę, w którem teraz mieści się obserwatorium astronomiczne. Kolejny punkt na mojej liście to Zagrzebska katedra 🙂 i ktoś może się czepnąć że sama kościoły, ale to miasto słynie z budynków kościelnych, które są wiekowe, są piękne i warto się chwilkę przy nich zatrzymać. Jednak tylko duchowo 🙂 Bo ja nie mam czasu na zsiadanie z mojego roweru 🙂 Jadę przed siebie, aby zobaczyć jak najwięcej. Był czas na zwiedzanie kościołów, teraz jest czas na to co my dziewczyny lubimy najbardziej. Zakupy:) Szukając informacji o tym mieście natrafiłam na opis Targu Dolac, najbardziej znanego zagrzebskiego targu pod gołym niebem. Można tam kupić wszystko. Regionalne przyprawy, biżuterię, pamiątki, owoce i co tam jeszcze się chce. Pięknie kolorowo i w tym przypadku jak oszczędnie dla mnie 🙂 Nic nie kupuję, bo nie zsiadam z roweru:) Jadę dalej przed siebie. Podziwiam widoki. Robię po drodze zdjęcia, trochę rozmazane, trochę krzywe bo w trakcie jazdy. Ale zawsze jakaś pamiątka jest. Nawet nie zdałam sobie sprawy pisząc to, że ułożyłam naszą wycieczkę w logicznym nawet sensie 🙂 Było Górne miasto, czyli ta stara część Zagrzebia, potem targ, czyli coś co łączy historię z nowoczesnością. Teraz kolej na zwiedzenia Donji Grad, czyli Dolnego Miasta, jest to miejskie centrum współczesnego Zagrzebia, wzniesione w XIX i pierwszej połowie XX wieku, z których i dziś pochodzi większość jego architektury. Głównym i największym placem Dolnego Miasta jest plac bana Josipa Jelačicia, niegdyś targ, dziś miejsce spotkań, ważny punkt turystyczny i główna część Zagrzebia. Obok fontanna Manduševac, mająca symbolizować legendę o założeniu miasta Zagrzeb. Zgodnie z nią, słowiański wódz powiedział do spotkanej kobiety o imieniu Manda: „Zagrebi, Mandušo”. Manda wykopała dolek, z którego trysnęła woda, zaczerpnęła jej i podała wodzowi. W tym miejscu założono osadę Zagrzeb. A dziś, wrzucamy tu monety na szczęście. Ja też mogę to zrobić, trochę zwalniam aby trafić w trakcie jazdy pieniążkiem do fontanny, i jeszcze pstryknąć selfie na jej tle. Jedziemy dalej, ja i moja miętowa strzała. W ten sposób trafiamy do pięknie pachnącego miejsca i tak kolorowego. Mianowicie docieramy na Plac Kwiatowy, kameralny plac miejski francuskiego typu, który swą nazwę zawdzięcza stanowiskom kwiaciarzy. TAAAAAAAK, pełno kwiatów, CUDO 🙂 Jadę dalej, aby jeszcze zdążyć zobaczyć Chorwacki Teatr Narodowy. Śliczny budynek i tysiącami okien, trochę przypominający Wersal :). Na wschód od centrum miasta znajduje się park Maksimir, historyczny ogród założony w XVIII wieku i wzorowany na angielskich parkach romantycznych. W nim mieści się zagrzebski ogród zoologiczny. Tu również nadszedł czas na selfiaka na rowerze. Na sam koniec musem jest jeszcze dotarcie nad Sawę, czyli fantastyczną rzekę. Zwiedzając Zagrzeb należy zobaczyć góry Medvednica, zwane również od nazwy najwyższego szczytu Sljeme, gdzie znajdują się ruiny średniowiecznego zamku Medvedgrad. Jednak mi nie jest to dane, Nie dam rady dojechać tam rowerem, a zresztą czas się kończy. 6h to mało czasu na zobaczenie całego miasta, z drugiej strony 6h to czas wystarczający aby przyzwyczaić się do fantastycznej miętowej strzały. Tak i nadchodzi ten czas, kiedy muszę wyłączyć moją wyobraźnię i wrócić do normalności. 🙂 Nie starczyło czasu na muzea i galerie. Jednak to jest już wycieczka bez zadanego sobie przez moją osobę celu: „Nie zsiadaj Marta z roweru 🙂 🙂 :)” Kończąc moje wypociny uświadomiłam sobie, że nie było czasu na jedzenie 🙂 To było 6h szczęścia. Do następnego razu miętowa strzało 🙂

  • Odpowiedz
    Ewanna
    12 czerwca 2016 at 17:08

    Zabrałabym się w trzy miejsca. Niemodowe (ile procent odpowiedzi mówi o ubiorze?). Ja nie będę o tym, nie dziś. Wręcz przeciwnie – wybrałabym miejsca nakazujące jakby przestać o modzie myśleć. Ale, co mnie zawsze w Berlinie zachwyca, w miejsca żyjące ludźmi (i rowerami – nie da się ukryć, że tam jest jednoznaczne, że jak są ludzie to są też i rowery).

    Najpierw podjechalibyśmy (ja i on) do Muzeum Żydowskiego w Berlinie. Tego, które projektował Daniel Libeskind. Muzeum, które poraża, ale które ja uwielbiam, bo pozwala poczuć, odbierać to, co się ogląda zmysłami, krokami, dotykiem, a nie słowami. To jest dla mnie ciekawe odkrycie. Chociażby dlatego, że pozwala mi na refleksję, jak nieważny może być język i mowa, w miejscach, gdzie wydawałoby się jest niezbędna. Zobaczcie, nie da się „przeżyć”, jakkolwiek by to nie brzmiało, Oświęcimia bez mowy, w „nieswoim” języku, bez względu na to, jak dobrze się go zna. A Muzeum Żydowskie rozumie się bez słów. I na tym polega jego – i znów złe pojęcie – sukces. Tam dzień to za mało, ale mnie pewnie będą musiały wystarczyć dwie godziny…

    Potem podjechałabym do Pomnika Pomordowanych Żydów. Dlaczego my mamy farsy z krzyżem/miesięcznicami i (tu proszę sobie wpisać, co trzeba), a Niemcy mają Pomniki przez „P”??? Pomnik, po którym jeździ się deskorolkami, rowerem też można, choć wymaga to dość wybitnych umiejętności, chodzi, zanurza. Siedzi na nim, czyta. Rozmawia. Dlaczego Niemcy wyczuwają tę różnicę, między powagą a śmiesznością. A nam tak tego brak. Tam rowerzyści, rolkarze i wrotkarze, deskorolkowcy. I oni są tam tak na miejscu.
    A intelektualiści? Stoją na placu Bebela, pomiędzy Starą Biblioteką, Operą Narodową a Katedrą Św. Jadwigi i wpatrują się w wybrukowaną powierzchnię placu. To moje trzecie miejsce, ostatnie, na najdłużej. „Pod placem” jest pokój, a w nim książki. Allegoria auto da fe z 1933, związanego z przepowiednią Manna… A obok zaraz wielki trawnik dla berlińskich studentów. Czas na refleksję, na piknik, na pokazanie najnowszych ciuchów (i luksusowe butiki i sklepy pro-studenckie czekają tuż obok…). Będę się nasycać berlińskimi outfitami i będę patrzeć i patrzeć. I się inspirować – wszak należy mi się post-historyczny odpoczynek.

    Wiem, że do Berlina jeździ się na zakupy – sama to robię, zwłaszcza, że z Poznania mam tam bliżej niż do Warszawy. Ale nie o tym chciałabym z wami z Nim rozmawiać. O tym bowiem możemy porozmawiać zawsze.

  • Odpowiedz
    dorota
    12 czerwca 2016 at 17:27

    STAMBUŁ. Stambuł o świcie chłonie mnie odgłosami budzącej się metropolii i łagodnie poruszającymi się falami Bosforu. W zatoce każda fala płacze łzami niewygodnych świadków burzliwych stuleci, pochłaniając ze sobą gniew, złorzeczenia i modlitwę ludzi pozbawionych nadziei. Przez Most Bosforski wiezie mnie Virginia, z którą spędzę dziś sześć godzin- zbyt krótkich, by poznać na własnej skórze etniczność miejsca, w którym fizycznie Europa łączy się z Azją. Prawie tysiąc sześćset metrów mostu-tysiąc sześćset krótkich migawek na rozległe terytorium wyznawców Allaha; migawek wyrwanych z gwarnej i rozbujałej stolicy haremu. Harem-jest moim punktem docelowym, od momentu, gdy płynąc statkiem rejsowym po zatoce, usłyszałam odległy płacz setek kobiet pochłoniętych pragnieniem sułtańskiej miłości. Poranek rześki jeszcze- wiedzie mnie przez smaki i zapachy tego nieodgadnionego do końca miasta. Na Targu Korzennym wychodzi nam naprzeciw słodka woń baklawy, współgrając z wonią cynamonu i pistacji, po to, by po chwili zamknąć swój kulinarny popis delikatnym zapachem miodu. Płynę wielkimi kołami do Pałacu Topkapi, lecz goni mnie jeszcze zapach soczewicy i soku z cytryny ukrytych w tradycyjnej tureckiej zupie. Zanim wjadę ze swoją towarzyszką podróży do pałacu, zanurzę się w soczystej zieleni parku Gulhane. Park uderza mnie swoim uporządkowaniem z niezliczoną ilością orientalnych kobierców z królującymi na nich tulipanami i bratkami, którym moje oczy poddają się z prawdziwą rozkoszą oniemiałego z wrażenia wzrokowca. Pomiędzy drzewami widzę tańczące na wietrze jedwabne suknie i szale oplatające grzeszne ramiona. I słyszę dziewczęce urywane rozmowy, i śmiech tłumiony w piersiach. Lekki wiatr rozwiewa tu tęsknotę, ból, cierpienie i radość -gdzieś w dal,na tureckie minarety zatopione w palącym słońcu. Pozostawione samym sobie młode, dziecinne, na wieki dziewice.
    Wreszcie otwiera się brama na pierwszy dziedziniec, prowadząc mnie w stronę katowskiej fontanny, gdzie dawniej woda zamieniała się w krew straconych z powodu i bez powodu. W wyobraźni widzę umywane w wodzie miecze i ręce katowskie bez sumienia. Cisza, wszędzie brak jakiegokolwiek dźwięku, może to jest przerażenie… Kolejny dziedziniec i następny” dziedziniec Czarnych Eunuchów tracących ongiś swoją naturę na rzecz płonnych nadziei na chwilę zepsutego bogactwa, grzesznej władzy, nieszczerego pochlebstwa i do głęboko skrywanej w zakamarkach duszy , platonicznej miłości do żyjących tu kobiet. Ostatni z dziedzińców skrywający historię tureckich nałożnic, niewolnic i wolnych kobiet ślepo oddanych nadziei na miłość sułtana jak na łut szczęścia, wprowadza mnie do komnat rodem z „Baśni z tysiąca i jednej nocy”
    Virginia daje mi znak , że baśń się już skończyła, sześć godzin tureckiej historii, smaków i widoków zabieramy ze sobą. Szkoda, bo jest jeszcze Błękitny Meczet i Hagia Sophia i … i… i…

  • Odpowiedz
    jhj
    12 czerwca 2016 at 21:01

    na rowerze tym zwiedziłbym Warszawe, bo choć jestem POlakiem to nigdy nie byłem w naszej stolicy!

  • Odpowiedz
    Miśka
    12 czerwca 2016 at 21:05

    Chociaż mieszkam w Rosji już od dwóch miesięcy, to do dziś, każdy dzień wyglądał tak samo – budzik, poranna toaleta, szybka kawa i czas do pracy. Dzień mijał niepostrzeżenie, masa obowiązków i zagubiona w nowym świecie ja. Od kilku dni Tatiana, redaktorka sąsiedniego działu, opowiadała o swoim nowym rowerze, chwaliła się, że dojeżdża nim do pracy, że nie musi stać w korkach, była taka radosna i pełna życia… Nikolaj znowu miał zły dzień i wyżywał się na mnie, Sasza zalał kawą mój artykuł a Wiera przyznała się, że zaplamiła sukienkę, którą pożyczyłam jej na wesele w ubiegłym tygodniu. Coś we mnie pękło. Spojrzałam na zegarek – do następnego wywiadu zostało dokładnie 6 godzin – świetnie! tyle wystarczy – pomyślałam i pobiegłam do gabinetu Tatiany, poprosić, by pożyczyła mi na ten czas swój rower! Dzisiaj ja, poważna dziennikarka, po 35 latach spokojnego i do bólu przewidywalnego życia, zrobiłam coś szalonego. Nie mogłam obrać innego kierunku niż Plac Czerwony – centralne miejsce Moskwy i całej Rosji. Miejsce wyjątkowe, o poznaniu którego marzyłam od I roku filologii rosyjskiej, którą ukończyłam tak wiele lat temu. Miejsce, z którego niczym promienie słońca rozchodzą się komunikacyjne szlaki całego miasta. Przystanęłam na moment i uśmiechnęłam się z nostalgią. Wycieczka przedszkolaków radośnie śpiewających pierwszą piosenkę, której nauczyłam się w języku rosyjskim „szyrie krug, szyrie krug, muzyka zawiot, wsiech druziej i wsiech padrug…”, po lewej starsza pani żwawo drepcząca, trzymając na smyczy małego pudelka, kilku mężczyzn w garniturach z groźnie wyglądającymi minami, eleganckie, trzymające się za ręce przyjaciółki z falami na włosach i dużymi przyciemnionymi okularami, tłum niewyróżniających się ludzi, a wśród nich ja, na rowerze, w czarnych cygaretkach i jedwabnej koszuli, a wszystko to w miejscu symbolicznym. To tutaj niegdyś odbywały się uroczystości państwowe, a w czasach carskich nawet koronacje, przez ten plac przemaszerowali żołnierze Armii Czerwonej w ’41 zanim udali się na front. Z zadumy wyrwał mnie starszy pan: izwinite! znajete kotoryj czas? Spojrzałam na zegarek i zobaczyłam, że zostały mi tylko cztery godziny. Kupiłam butelkę wody i kiść winogron, wrzuciłam je do koszyka i niespiesznie zaczęłam pedałować. Przejeżdżałam koło Kremla, cerkwi i muzeów. Podziwiałam pomniki i okwiecone ścieżki. Nie chciałam się zatrzymać, wdychałam zapachy Moskwy i napawałam się widokiem, już nie patrzyłam rozmarzona na kartki przewodników, było tu i teraz! Byłam w miejscu, które skradło wszystkie kolory tęczy lokując je w swojej architekturze. Dotarłam do Aleksandrowskiego sadu i oniemiałam. Kwiaty, drzewa, alejki, śpiew ptaków i słońce! To był mój czas! Usiadłam na ławce, oparłam o nią rower Tatiany i po raz pierwszy od miesięcy poczułam, że życie tutaj naprawdę będzie spełnieniem moich marzeń, muszę je tylko odrobinę poukładać – myślałam odrywając kolejne fioletowe kulki z małej gałązki. Uśmiechnęłam się do siebie i cichutko zaczęłam nucić piosenkę usłyszaną na Placu Czerwonym „Szyrie krug… szyrie krug…” Do redakcji wróciłam w ostatniej chwili, mój gość już czekał, w biegu założyłam marynarkę i zamknęłam za sobą drzwi gabinetu. Sześć godzin i dwa kółka – właśnie tyle wystarczy, by pokochać życie na nowo.

  • Odpowiedz
    Ewa S.
    12 czerwca 2016 at 21:42

    Oto mój niezawodny przepis na spędzenie 6 godzin z rowerem Le Grand Virginia 3 w wymarzonym Paryżu: Cztery uncje drewnianych łódek puszczanych w jardin des Tuileries, kilka kropel feerii świateł z pokładu bateau‑mouche podczas nocnego rejsu po Sekwanie,osiem gramów Mostu Miłości,kubek róż z Ogrodu Luksemburskiego- tak dla smaku, Dwie łyżeczki podziwiania Statuy Wolności Bartholdiego przy moście Grenelle (uwaga na podróbki!), szklanka wieży Eiffla o zmierzchu i widoku najbardziej romantycznej panoramy świata oraz Szczypta spaceru w międzynarodowym tłumie na Champs Elysees-do posypania.A jak to wszystko połączymy, to wyjdzie nam moja wymarzona wycieczka rowerowa po magicznym Paryżu, który w swoim „marzenionośnym posmaku” jest jedyny w swoim rodzaju! Audrey Hepburn miała stuprocentową rację twierdząc, że Paryż jest zawsze dobrym pomysłem. 🙂

  • Odpowiedz
    JolaK
    12 czerwca 2016 at 22:21

    Otwieram oczy zaciśnięte pod powiekami, chciały się tam choć na chwilkę schronić przed słońcem. Na twarzy czuję delikatne muśnięcia powiewu znad oceanu. Rozglądam się powoli, by zbyt gwałtownym ruchem nie zepsuć tej pięknej chwili – mam 6 godzin tylko dla siebie. Wszystko jest idealne. Miejsce – Lizbona, Plaza Mayor, ja – piękna w koronkowej sukience, która otula moje ciało lekko i powabnie i mój wierny towarzysz – piękny nowiutki Le Grand koloru miętowego. Miętowego jak lody, które właśnie kończę smakować tak, jak smakuje się życie w najpiękniejszych momentach.
    To jest ten czas, mój czas – niezwykłego spokoju i zatrzymania. Żadnych nerwowych ruchów, pędzenia na łeb na szyję z pytaniem czy zdążę, czy dam radę wszystko dziś zobaczyć i załatwić. Mam mnóstwo czasu, czuję się swobodnie – liczy się tylko ta chwila i czysta przyjemność.
    Zwinnie zarzucam nogę na mój miejski rower, uśmiecham się od ucha do ucha i mknę przez zakątki nostalgicznego miasta. Czuję się świetnie na Le Grand, on taki smukły, zwinny, stylowy, ja – szczęśliwa, uśmiechnięta, spokojna. Tworzymy idealną parę.
    Muzyka unosi się w powietrzu, czuję zmieszany zapach wolności, ciepłego lata i świeżej kawy, rzucam szczęśliwą monetę ulicznemu grajkowi i odjeżdżam niespiesznie dalej. Jeszcze tego wieczoru będę słuchać fado w kafejce na rogu, rozmawiać z nowo poznanymi portugalskimi przyjaciółmi, a na zakończenie dnia wiem, że będzie na mnie czekał On – mój Le Grand.

  • Odpowiedz
    SylviaInVogue
    12 czerwca 2016 at 22:25

    W świetle zachodzącego słońca przemierzam na rowerze uliczki Montmartre, mając u boku swojego Ukochanego, który jedzie na swym rowerze obok mnie. Chłoniemy dźwięki miasta, które nigdy nie zasypia. Czujemy wiatr we włosach i lekką mżawkę osiadającą na naszych włosach, szyjach, ubraniach… Trzymamy się za ręce i oboje czujemy ekscytację. Przed nami tyle kilometrów, tyle dróg do zwiedzenia – dla niektórych tylko sześć godzin, ale dla nas – aż sześć. Mamy już przygotowaną całą trasę – włącznie z Champs-Élysées, wieżą Eiffle’a, Luwrem oraz sklepem Laduree z oryginalnymi makaronikami . Przystajemy na chwilę, by pooglądać zapierający dech w piersiach krajobraz. Przeglądam się w Jego oczach. Radosna, świetlista, pełna energii. To ja? Tak, to ja. A za mną Paryż magiczny w tle…

  • Odpowiedz
    Malgosia Czubernat
    12 czerwca 2016 at 22:39

    Mając dla siebie piękny rower le grand i 6 godzin wolnego czasu,
    Wybieram się do Wiednia narobić nie małego hałasu!
    Jako, że rower jest miętowy, przychodzą mi rożne, szalone pomysły do głowy!
    Pakuje moje koty do koszyka i jade czym prędzej, bo czas mi umyka!
    Pierwszym przystankiem jest Schönbruun uroczy.
    Moim kotom z zachwytu aż świecą się oczy!
    Jeździmy kwiecistymi alejkami niedbale,
    tu krzyknę, tam pisknę- tak jest wspaniale!
    Kolejnym punktem naszej podróży jest Tiergarten-ogród bardzo duży.
    Mieszkają w nim prze rożne zwierzęta, które zobaczą moje kocięta.
    Wiedeń jest wielki a czasu niewiele,
    „zwiedzamy wiec szybko moi przyjaciele”!
    Z wiatrem we włosach, z uśmiechem na twarzy, pędzimy na Prater,
    gdzie popcorn się praży.
    Tak mija dzień na świetnej zabawie, lecz nie mozemy zapomniec o wiedeńskiej kawie!
    Na Stefanplatz więc podążamy i pyszną kawę zamawiamy.
    Siedząc przy stoliku, inspiracji czerpię bez liku.
    Przyglądam się przechodniom, jestem w innej sferze i marzę o tym pięknym, miętowym rowerze!
    Chciałabym go na codzień, nie tylko od święta,
    by wozić nim jeszcze inne zwierzęta.
    Koszyk jest mały, moj pies bardzo duży,
    Kupie przyczepkę dla nowego kompana w podróży!
    Będziemy jeździć po Tatrzańskich dróżkach i nie trzeba bedzie chodzić na nóżkach! ❤️

  • Odpowiedz
    Jolanta
    12 czerwca 2016 at 22:53

    Pojechałabym swoim rowerem do Paryża, który urzeka swoim romantycznym klimatem. Chciałabym, by te sześć godzin było zrealizowane w iście filmowym stylu – bym mogła przeżyć „Przygodę w Paryżu”! Wycieczkę rozpoczęłabym o 18.00. Na początku chciałabym się spotkać z „Amelią”, by posiedzieć chwilę przy kawie i porozmawiać o naszych ukochanych malinach – może zna jakiś pyszny przepis na ciasto? Chwilę później udałabym się do słynnej restauracji z filmu „Ratatuj” i kupiła coś pysznego, by poczuć „Niebo w gębie” – przy okazji poznałabym uroczego szczurka Remy’ego. W programie wycieczki nie mogłoby zabraknąć również Luwru, w którym próbowałabym rozwiązać „Kod da Vinci”. Potem szybciutko do Muzeum Perfum, by odkryć słynne zabójcze „Pachnidło”. Pojeździłabym trochę zatłoczonymi uliczkami, by wczuć się w atmosferę „Gdy Paryż wrze”. Równo „O północy w Paryżu” moja wycieczka by się skończyła – w umówionym miejscu czekałby już na mnie mój mąż, z którym na zakończenie wymieniłabym „Francuski Pocałunek” pod wieżą Eiffle’a.

  • Odpowiedz
    wisienka
    12 czerwca 2016 at 23:02

    Stoję w pięknym Paryżu, w malowniczej Francji! Tak! Przeniosłem się tu wehikułem czasu , działającym na zasadzie mojej wyobraźni ! Wsiadam na swoje dwa koła Le Grand i ruszam po przygody! A zwłaszcza po nią, Kobietę mojego życia do której poczułem miętę ! Zakochany po uszy, pędzę po wybrankę swego życia ! Dookoła wszyscy zerkają na mnie ukradkiem, że ja, facet pędzę na miętowym Le Grand, z uśmiechem od ucha do ucha, nucąc pod nosem radosną piosenkę! Po dwudziestu minutach, w oddali widzę ją, wiatr lekko powiewa jej włosy, słońce otula ją swoimi promieniami ! ŁAŁ! Słodko się witamy, po czym zabieram ją na swój wypasiony bagażnik i jedziemy .Pędzimy malowniczymi ulicami, przemierzając rajskie Paryskie mosty, zatrzymując się co chwila by delektować się tym widokiem.

    Z ukochaną na bagażniku mknę do najbliższego, największego centrum handlowego! Daję nam 3 godziny! Tam, po galerii przemierzam odległe metry, zatrzymując sie raz po raz i wjeżdżając do sklepu, w którym ma ukochana zobaczyła”to coś”. W takim tempie nie dość że nie męczę się na wycieczce, to jeszcze mogę spełnić marzenia ukochanej – by robić z nią zakupy bez narzekania ! Obłowieni w perełki wyruszamy pod wieżę Eiffla ! Ta, krążymy dookoła, wyobrażając sobie, że pędzimy w podróż dookoła świata !

    Opadamy z sił! Parkujemy swoją miętową perełkę La Grand , zasiadamy na ławce i … dumamy nad tym, jakby to było, gdyby ten wspaniały rower naprawdę powędrował w nasze ręce ! Z pewnością nie nudziłoby się nam z nim, a on sam? Byłby wykorzystany na wszelkie możliwe sposoby ! I choć to tylko marzenia … to jednak …. Warto marzyc ! Tomasz

  • Odpowiedz
    edzioszek
    12 czerwca 2016 at 23:08

    Kocham jazdę na rowerze !
    Tak ! Kocham ! Kocham ten wiatr we włosach, kocham to zmęczenie gdy ostatkiem sił wyjeżdżam na stromą górkę by … przeżyć wymarzony dzień na rowerze miejskim w cudownej , europejskiej stolicy Polski czyli w Waraszwie ! Ubrana w zwiewną sukienkę w kwiaty, w białym trampkach, paradująca na nowiutkim Le Grand Virginia 3 w cudnym miętowym różowym kolorze, z białą torbą w moim wymarzonym koszyku … ahhh … cóż za emocje ! Czuję ! Czuję jak z każdym przejechanym metrem wzbogacam się o siłę, radość i wewnętrzne poczucie przyjemności . Tak ! Uśmiechnięta od ucha do ucha staram się, by ludzie dookoła mieli tak samo fantastyczny humor jak ja! Uśmiechnięta od ucha do ucha, przejeżdżam wąskimi ulicami miasteczka przyglądając się sklepowym witrynom, raz po raz , zatrzymując się gdy naprawdę coś zwróci moją uwagę ! Dojeżdżam do mieszczącego się w centrum miasta parku, gdzie odpoczywam ! Tu spotykam się z „przyjaciółkami” które już czekają by poznać moja nową „miłość – Le Grand Virginia 3 w cudnym miętowym kolorze”. Na mój widok oczy świecą im jaśniej niż na niebie, oślepiając mnie tym zachwytem ! Rozmawiamy, śmiejemy się ! .Ahh cóż za cudowny dzień ! Czuję motyle w brzuchu ilekroć wsiadam na moje miętowe cudo !

    Żegnam koleżanki i wsiadam na swoją super „brykę”. Odwracam się, machając i wtem… bum… w coś wpadłam ! Ojj tak ! Odwracam się ! Wpadłam jak śliwka w kompot ! Ciemny, wysoki, silny … wpadłam na super przystojniaka, kolegę ze szkoły którego od razu przeprosiłam. A on ? Czy był zły ? Wręcz przeciwnie , stwierdził, że w końcu przynajmniej porozmawiamy ! AAAA….. jedziemy na swych rowerach, zmierzając do najbliższej restauracji na obrzeżach miasta, po drodze robimy kilka zakupów które idealnie mieszczą się w moim cudownym koszyku ! Cudowny dzień miła jak z bicza strzelił ! On, odwozi mnie do domu (ja i on na rowerach miejskich), żegna mocnym uściskiem i prosi o kolejne RoweroweLove ! Zanurzam się w otchłani ogrodu i znikam ! Tulę swój kochany rower, i kładę się spać… nie ! Nie idę spać ! Tej nocy nie zasnę ! Wszak przeżyłam wymarzony dzień na rowerze miejskim, zrobiłam super zakupy a w dodatku … poznałam faceta z moich snów ! Magia ! Te zaledwie sześć godzin z życia odmieniło sens mojego istnienia

    Na rowerze miejskim się wybrałam,
    ochoczo i żwawo się na nim poruszałam !
    Wstąpiłam do parku, restauracji i na zakupy,
    złowiłam nie tylko ubraniowe łupy !
    Zakochana po uczy i pełna werwy,
    takie wyprawy chcę przeżywać bez przerwy!
    Pragnę mieć rower by zrobić coś dla siebie,
    jadąc na różne wyprawy czuć się jak w niebie !
    Porzucić autobusy, ograniczyć autem wojaże ,
    ja o Le Grand Virginia 3 w miętowym kolorze marzę !

    Na charlizemystery blogu, który czytam to się dzieje,
    jedna osoba spełni marzenia nim się spodzieje !
    Na cudownym rowerze przemierzy super wyprawy,
    i w miejskie zakątki uda się bez obawy !
    I ja marzę o jakimkolwiek rowerze, a ten to już marzeń szczyt,
    gdybym go otrzymała ? Panika, radość i 100% zachwyt !
    Dzięki takiej wygranej zmieniłoby się moje życie
    na co naprawdę liczę i marzę otwarcie, czasem i skrycie!
    I choć zazdroszczę już osobie która zgarnie to cudo,
    to mam nadzieję, że choć jednej z czytelniczek spełnienie marzeń się uda!
    Pozdrawiam Edyta, edka767@gmail.com

  • Odpowiedz
    56manka
    12 czerwca 2016 at 23:25

    A ja udam się do WIEDNIA,
    bo pora wszak to odpowiednia!
    Miętowa Virginia 3 z ikrą
    sprawi,że zmartwienia me znikną!

    C CUDOWNIE mnie powiezie
    H HASAĆ będę ile wlezie !
    A ATRAKCJI zobaczę setki
    R RADOŚĆ jak wygrana z ruletki!
    L LUKSUSOWO zwiedzę zabytki,
    I INTRYGUJĄCE odwiedzę skrytki!
    Z ZAWRÓCĘ niejednej osobie w głowie
    E EXTRA histrorię mi opowie!
    M MUSNĘ historycznych informacji
    Y YES! Zobaczę setki dekoracji!
    S SPRYTNIE przejadę kilometrów dziesiątki
    T TAJNE zwiedzę Wiednia zakątki!
    E EFEKTOWNIE przejadę przez jamrarki
    R RADOSNE po drodzę zwiedzę parki!
    Y YUPI ! A to wszystko z Virginia 3 ! Pomysł to nie jest zły !

    W Wiedniu przez 6 godzin będę szalała,
    ani minuty nie będę marnowała!
    Czas spędzę aktywnie, w ruchu na rowerze,
    w to co zobaczę aż nie uwierzę!
    Cyknę fotki, poznam ludzi,randkę odbędę
    i zgrabną sylwetkę także zdobędę !
    Bo w WIEDNIU można jeździć wiele,
    a ja najwięcej km przejechać się ośmielę !

    I tak właśnie Virginia 3 to moje marzenie,
    bo zrobił na mnie ogromne wrażenie!
    Rower jest z moich snów, wręcz idealny,
    i żaden wyjazd nawet do sklepu z nim niebanalny!

    Ciekawy, kobiecy – z tym rowerze w ŻYCIU
    będę spełniała swoje marzenia nie w ukryciu!
    Poczuję się na nim jak Kopciuszek w karocy
    bo o tym rowerze śnię już po nocy !

    Niczym koń Zorro tak ten rower zabierze w bajkowe wojaże,
    dzięki niemu przeżyję przygody jak Calineczka, ii o tym marzę!
    Chcę pędzić na nim ile sił będę miała do pedałowania,
    bo ten rower jest wspaniały, godny uznania !
    Maria!

  • Odpowiedz
    Ewelina
    12 czerwca 2016 at 23:31

    Wybieram Sztokholm, nieco zimne miasto, wiec ubrałabym się na czarno-białą minimalistyczna cebulkę. Swoje 6 godzin rozpoczęłabym juz o 4 rano, wyjechałabym z mieszkania znajomych i korzystając z małego ruchu nieco ryzykownie spróbowałabym pokonać rowerem bardzo długi, kuty w skale i fantastycznie oświetlony tunel, trasę wieńczyłaby hala Globen, tam odsapnęłabym kwadrans podziwiając potęgę architektury, budzące się miasto. Myślę, że na tej atrakcji upłynęłoby mi blisko dwie godziny. Dalej kieruję się w stronę Starego Miasta – nawet nie wiem czy nie musiałabym skrócić drogi tramwajem wodnym, w końcu niech rower też odsapnie. Dotarwszy do okolic Muzeum narodowego, muzeum Abby i skansenu podziwiałabym uroki starej zabudowy na przeciwległym brzegu co rusz spotykając pierwszycj ludzi, którzy o poranku gdzieś spieszą, a ja nie muszę. Dalej dojechałabym do ścisłego Starego Miasta, które jest tak urokliwe, że jechałabym powoli spoglądając na fasady, witryny z pamiątkami, pięknymi ubraniami i naturalnymi kosmetykami, wieńcząc ten element podróży przejazdem przez Ogrody królewskie i pojazdem pod Pałac królewski. Teraz mała przerwa śniadaniowa, niezdrowe, ale jakże wyjątkowe frytki ze skórką z Maxa, powrót w okolice T-Centralen na targowisko. Na targowisku świeże owoce i warzywa pięknie poukładane w kolorowe rzędy… można się zachwycić. Wybieram truskawki, marchewkę, zjadam na ławce. Jest 8:40. Myślę sobie, że pasuje do tego miasta. Podjeżdżam do posągu ogromnego rewolweru z supłem na lufie, proszę pobliską osobę o zdjęcie (dzień wcześniej robię sobie takie samo zdjęcie z miniaturką rzeźby na Fittji). Zbliża się 9, stęskniona za moją ulubioną zieloną herbatą z mango jadę do Indiski, kupuję trzy opakowania, w końcu muszę mieć zapas, oglądam jeszcze piękne naczynia i torby z frędzlami. Wychodzę, wsiadam na rower, w tym miejscu decyduje właśnie, że nie będę się ograniczać do oglądania zabytków z zewnątrz, szukam informacji gdzie znajdę punkt Stockholm Visitors Board AB, jadę do niego i około 10 wychodzę z Stockholmskortet, która umożliwia mi darmowe zwiedzanie muzeów i komunikacje miejską przez 72 godziny. Tak właśnie kończę 6 godzin podróży, dalszy ciąg dnia spędzam na zwiedzaniu muzeów na Djurgarden wszędzie docierajac rowerem. Kolejne dwa dni to dni regeneracji bez roweru, za to z zabytkowym metrem i tramwajem wodnym. Mijają 3 dni, mija jeszcze jeden na zakupach, następnego dnia tym samym rowerem jadę 50 km do Nynashamn na prom do Polski, podziwiam widoki, naturę, łapię ostatnie łyki morskiego powietrza, tak kończy się moja rowerowa szwedzka przygoda.

  • Odpowiedz
    Karla
    12 czerwca 2016 at 23:45

    Mając rower Le Grand na sześć godzin,
    odwiedziłabym Karola IV miejsce narodzin.
    Pojechałabym na chwilę do kawiarenki
    i zamówiła napój z jabłek i mięty.
    Następnie na Moście Karola
    zatańczyłabym Rock’n’Rolla.
    Zajęłoby mi to około godzinę
    więc udałabym się na rynek na chwilę.
    Jeśli nie byłoby zbyt tłoczno
    pojechałabym prosto
    potem skręciła razy kilka
    by podziwiać katedrę świętego Wita.
    Pojechałabym również na Zamek Praski
    kto wie, może są tam jakieś ciekawe obrazki?

    Po krótkim zwiedzaniu, wsiadłszy na rower, pojechałabym szybko pod wierzę ciśnień, by zobaczyć Pragę w całej okazałości. Najpiękniejsze miejsca zaznaczyłabym na mapie, a jeśli wygram na pewno tam trafię 🙂

  • Odpowiedz
    Anna
    12 czerwca 2016 at 23:50

    Wycieczka rowerowa po Warszawie – skrywającej wiele tajemnic, odkrywanie piękna które umyka nam na codzień. Rozpoczynam ją przejeżdżając przez Wisłę, plac Trzech Krzyży i wjeżdżam w Mokotowską. Ulicę której historia sięga XIV wieku, kiedy to dzisiejsza Mokotowska była drogą łączącą Warszowę ze wsią Mokotowo. Obecnie jest urokliwa i obserując ją możemy wnioskować jak wyglądałyby pozostałe Warszawskie ulice gdyby nie spustoszenia, zniszczenia które pozostawiła po sobie II wojna światowa. Kierujemy się w stronę szpitala MSW, pozostawiając za sobą Fort Mokotów. W środku miasta możemy poczuć się jak na jego przedmieściach – wśród domków jednorodzinnych, zieleni wokół nich. Przemierzamy Woronicza kierując się do Domanieckiej (dla korpo ludzi bardziej znanej jako Mordoru) a następnie do Kłobuckiej – ulicy na końcu świata z nowo powstałymi osiedlami. W pobliżu mamy Tor Wyścigów Konnych na Służewcu, Lotnisko Okęcie i Południowej Obwodnicy Warszawy a także areszt śledczy i IPN. Połączeniu wielu różnych światów. Dalej ulicą Zatorze, wiadukt przy Poleczki. Zjeżdżamy na Wirażową i docieramy do Fortu Zbarż, Przedzieramy się przez chaszcze, pagórki. Fort Zbarż – VII fort to jeden z fortów pierścienia zewnętrznego Twierdzy Warszawa. Fort został wybudowany w latach 1883–1908. Jednowałowy, otoczony fosą fort zbudowano na planie pięcioboku. W ramach likwidacji twierdzy po 1909 roku fort został częściowo rozebrany. W czasie jednej z modernizacji wzniesiono jedną z niewielu w Warszawie betonową kaponierę przeciwskarpową, której potężne ruiny istnieją do dziś. Zachowały się także koszary szyjowe. Budynki wojskowe istniały na tym terenie do 1999 roku. W okresie późniejszym nastąpiło zalanie terenu fortu, co doprowadziło ceglane koszary do ruiny. Lekcja historii dobiega końca i powoli wracamy do centrum. WIrażową w stronę 17 stycznia, ścieżką obok nieużywanych torów kolejowych. Mijamy ogródki działkowe i wyjeżdżamy na Żwirki i Wigóry obok Portu Lotniczego. W celu dalszego kształcenia jedziemy w stronę Fortu IX . Kierujemy się na Ursynów. Jastrzębowskiego docieramy do Anody, potem do Dolinki Służewieckiej i dalej Bonifacego do Powsińskiej i do fortu. Fort powstał w latach osiemdziesiątych XIX wieku. Miał swoją bohaterską kartę podczas walk w 1939 roku i w czasie Powstania Warszawskiego. Obecnie w forcie jest oddział Muzeum Wojska Polskiego pod nazwą Muzeum Polskiej Techniki Wojskowej. Jednak bardziej niż muzeum, ekspozycja przypomina złomowisko. Stoi tu dużo dział, haubic, czołgów, samochodów i samolotów. Wracając mijamy Skwer Ormiański – nazwa świeża bo dopiero trzyletnia. Na ulicy Okrężnej stoi lokomotywa która spogląda ruchliwą ulicę Powsińską. Kiedyś faktycznie kursowała tędy kolej wąskotorowa, zwana Wilanowską. Ku jej pamięci postawiono ten właśnie pomnik. Czerniakowską kierujemy się na Gagarina, Ujazdowskimi kierujemy się na Most Poniatowskiego gdzie kończymy swoją podróż po Warszawskich zakamarkach.

  • Odpowiedz
    Aneta
    12 czerwca 2016 at 23:57

    A ja na tej pięknej Holenderce zwiedziłabym w 6 h Amsterdam od środka. Love, peace and happiness! Na rowerze, między kanałami, obok pływających targów kwiatowych, na miejskiej plaży. W ciepłe, letnie popołudnie wybrałabym się na przejażdżkę po tętniącej życiem holenderskiej stolicy. Trampki, designerska sukienka, 25 C i miętowy Le Grand Virginia. Jechałabym na nim powoli, uroczo niedbale, a pełna zakamarków amsterdamska starówka, relaksujące oazy zieleni i orzeźwiająca bliskość wody wprawiłyby mnie w urlopowy nastrój. Zauważyłabym, iż w przyjemnie ciepłe, letnie wieczory mieszkańcy Amsterdamu chętnie spędzają czas na świeżym powietrzu. Na pokładach barek mieszkalnych i przed drzwiami domów ustawiają nakryte do kolacji stoły i wesoło przy nich biesiadują, nie przejmując się spacerowiczami. Już wiem, że Amsterdam słynie nie tylko z malowniczych uliczek, ale również ze wspaniałych targów kwiatowych. Na barkach przy kanale Singel kupiłabym kwiaty, nasiona i cebulki z okolicznych szkółek. A na cóż miałabym ten wiklinowy koszyk przy kierownicy, jeśli nie na słynne na całym świecie amsterdamskie kwiaty? Trochę zgłodniałam – lunch zjadłabym w poleconym mi przez koleżankę Hotelu de Goudfazant, o wystroju w chłodnym industrialnym stylu, koniecznie nad ukochaną wodą. Przekonałabym się również, że wędrująca piaszczysta plaża w nowej dzielnicy Ijburg to wspaniałe miejsce na kąpiel. Amsterdam na rowerze pokazałby mi się od swojej ekscentrycznej strony, a przy tym kipiałby kolorami i tonął w ukochanych przeze mnie kwiatach, które przedstawiałyby obraz iście rajski, malowany najrozkoszniejszymi barwami.

  • Odpowiedz
    Agnieszka
    12 czerwca 2016 at 23:58

    Jestem w Sztokholmie. Niektórzy kojarzą to miasto z wiecznym chłodem, tymczasem letnie miesiące potrafią tutaj być cieplejsze niż w Polsce. Jest ranek, wsiadam na moją Virginię Le Grand i razem jedziemy w stronę Gamla Stan, czyli Starego Miasta. Słońce podkreśla kontury budynków – nowoczesna i stara architektura miesza się ze sobą, Sztokholm to miasto kontrastów. Wszystko jednak współgra ze sobą, kontrasty są tu mile widziane, bo to one nadają charakteru. Poruszam się na moim rowerze po kamienistych uliczkach. Obserwuję rezydencję rodziny królewskiej – ciekawe co jedzą na śniadanie? Jestem już blisko Östermalm, obserwuję ludzi na chodnikach. Sztokholm to miasto, w którym moda wibruje w zakamarkach ulic, modowo nikt nie boi się tutaj niczego. Torby Gucciego łączone z trampkami, płaszcze Burberry ze spodniami Adidasa – codzienność. Wbijam na śniadanie do knajpy, którą odwiedzał Mikael Blomkvist z serii Millennium Stiega Larssona – topografia serii łączy się z tą rzeczywistą, sztokholmską. Le Grand Virginia stoi za oknem, widzę, jak przechodnie na nią spoglądają. Nic dziwnego, ja też za każdym kolejnym razem patrzę na nią z takim samym zachwytem, jak wtedy, gdy zobaczyłam ją po raz pierwszy. Muszę wychodzić, bo czuję jak miasto pulsuje i mnie wzywa. Słońce jest coraz wyżej, udaję się w stronę Moderna Museet, czyli Muzeum Sztuki Nowoczesnej. To spory kawałek od miejsca w którym jadłam śniadanie, ale mój rower jest tak wygodny, że jazda tam to sama przyjemność. Zanurzona w dziełach Pabla Picassa, Salvadora Dali i Picassa – Moderna Museet posiada jedną z najwspanialszych kolekcji sztuki w Europie – zapominam o obiedzie. Chyba czas udać się na porcję prawdziwych szwedzkich Köttbullar? 🙂 A na deser cynamonowa bułeczka – w Sztokholmie zawsze, nawet latem!

  • Odpowiedz
    Dominika
    13 czerwca 2016 at 00:00

    Czy można w 6 niezapomnianych godzin zwiedzić nie tylko jedną europejskich stolic, ale i całe państwo?
    Wydaje sie to niemożliwe, lecz nic bardziej mylnego 😉
    Z moim wiernym „towarzyszem”, stylowym rowerem Le Grand, bez chwili zastanowienia decyduję się, by w 1/4 dnia poznać… Monako!
    Monako jest co prawda drugim najmniejszym państwem, ale atrakcji w nim co niemiara, dlatego w ciągu tych 360 minut obowiązkowo chciałabym zobaczyć wszystkie cztery dzielnice Monako, a zwłaszcza Monaco-Ville, z Pałacem Książęcym oraz Pałacem Sprawiedliwości, czyli tutejszym sądem.
    Z pewnością zrobiłabym przerwę na moją ulubioną czarną kawę, wypijając ją na Starym Mieście. Koniecznie zawitałabym do Jardin exotique de Monaco. Po krętych ulicach jeździłbym moim rowerem niczym zawodnicy F1 😉

  • Odpowiedz
    Angelika
    13 czerwca 2016 at 11:58

    Mając 6 godzin dla siebie i rower LeGrand oczywistym jest że zabrałabym go ze soba do Paryża. Jest to moje ulubione miasto, miasto miłości, kultury, sztuki i mody. Urządziłabym sobie przejażdżkę wzdłuż Sekwany podziwiając piękno miasta, most Aleksandra III , objechałabym wieżę Eiffla z każdej strony ,żeby widzieć jej piękno z każdej perspektywy. Potem pojechałabym pod łuk triumfalny i dalej Polami elizejskimi do ogrodów Tuilieres potem pojechałabym pod Luwr zrobić fotę na rowerze ze słynną piramidą pod Luwrem a na koniec zostawiłabym sobie Pont des Arts- Most Zakochanych na którym przypięłabym kłódkę moją i roweru zebyśmy darzyli się wieczną miłością 🙂

  • Odpowiedz
    Anna Bazyluk
    13 czerwca 2016 at 23:54

    Pojadę, gdzie mnie oczy zaniosą. Będę czerpać radość z każdej chwili spędzonej na rowerze, aż zabraknie mi sił by pedałować dalej. A, gdy czas się skączy (6 godz) dojadę do nieznanego mi celu – to mam nadzieję, że rower nie zniknie jak kareca w bajce „O Kopciuszku”.

  • Odpowiedz
    Joanna
    14 czerwca 2016 at 14:37

    Karolina, jaki masz rozmiar tych spodenek z Lee? Wyglądają na Tobie super, takie właśsnie luzniejsze a nie opinające sylwetkę. Nie wiem jaki rozmiar zamówić, napisz proszę. Z góry dziękuje!
    Joanna

  • Odpowiedz
    Rowerowooooo…. | Kapelusze HatHat - Kapelusz Na Miarę Mody.
    19 czerwca 2016 at 17:14

    […] Moda rowerowa to bardzo szerokie pojęcie Rower miejski = stylizacja miejska i możesz ruszać na podbój stolicy. Na pewno będziesz modna. Nie zapomnij o kapeluszu – najlepiej z małym rondem. Zobacz jaki fajny, luźny zestaw rowerowy ubrała Karolina. Więcej -> http://charlizemystery.com/2016/06/idealna-stylizacja-na-rower-konkurs/ […]