Podróże

ESTADIO SANTIAGO BERNABEU- SPORTOWY SYMBOL MADRYTU

dsc_8935

Ciekawość ludzka nie zna granic. To prawda, w pełni się z tym zgadzam. Jestem natomiast przekonana, że ciekawość dziecka jest jeszcze większa niż dorosłego. Oczywiście z tej ciekawości mogą wyniknąć zarówno niebezpieczne rzeczy, śmieszne historie, ale także sporo pozytywów. Kiedy chodziłam do podstawówki moja ciekawość zaprowadziła mnie na lekcje gry na pianinie, zaraz potem na lekcje gry na gitarze (jak wiecie gwiazdą muzyki nie zostałam), a następnie na kurs fotografii. Żadna z tych rzeczy nie przerodziła się do końca w prawdziwą pasję. Wprawdzie fotografia stanowi dziś jeden z najważniejszych elementów mojej codziennej pracy, to jednak moda od lat jest na samym szczycie listy.

Dorosłość wiążę się z pasjami, ale nie tylko naszymi, ale też naszych drugich połówek. Szczęśliwi ci, którzy w 100% interesują się dokładnie tymi samymi rzeczami co ich partner. Jeśli nie, wtedy może być trudniej. Tak właśnie myślałam na początku, kiedy poznałam Adriana. On uwielbia sport, od małego trenował piłkę nożną, jeździł na obozy, oglądał wszystkie mecze, jakie tylko były w telewizji, a ja, delikatnie mówiąc, za sportem nie przepadałam. Lekcje wf-u traktowałam jako karę, szczególnie kiedy moja nauczycielka kazała nam biegać wokół boiska lub grać w piłkę ręczną (w tamtych czasach uważałam, że powinni zakazać tego sportu).

Więc jak to pogodzić? Z początku podchodziłam do tego jak większość kobiet, zadając Adiemu arcyważne pytanie “Po co oglądać jak kilkunastu gości biega za piłką bez większego celu?”. Nie oznacza to jednak, że w godzinie meczu szukałam tysiąca wymówek, by tylko odciągnąć go od ekranu, co to to nie! Na szczęście Adi jest cierpliwy i po kolei tłumaczył mi poszczególne zasady (tak, łącznie z tym, co to spalony) próbując w minimalnym stopniu zainteresować mnie piłką. Raz nawet udało mu się mnie wyciągnąć na mecz reprezentacji na stadionie narodowym. Niestety nasi przegrali, ja strasznie zmarzłam, więc na jakiś czas dałam sobie spokój ze zgłębianiem wiedzy na temat najpopularniejszej dyscypliny sportu na świecie. W czerwcu będąc w Nowym Jorku moje zainteresowanie odżyło i razem z Adim szukałam barów, w których mogliśmy oglądać poczynania naszych na Euro. Coraz bardziej zaczęłam rozumieć pasję Adriana i starać się, by również dla mnie stało się to czymś więcej niż tylko “bezsensownym bieganiem za piłką’.
Ten przydługi wstęp ma swój koniec w Madrycie, bowiem to właśnie w tym mieście na co dzień swoje mecze rozgrywa ulubiona drużyna Adiego – Real Madryt. Kiedy pojawiła się okazja, by odwiedzić stolicę Hiszpanii, wiedziałam, że największą niespodzianką, jaką mogę mu sprawić, to zabrać go na ich mecz. W końcu marzył o tym od dziecka. A czy nie na tym polega miłość i współdzielenie pasji, by spełniać marzenia najbliższych?

dsc_8938

 

 

 

 

 

 

 

 

Zaraz po wylądowaniu w Madrycie pierwszym miejscem, które odwiedziliśmy, był stadion. Do meczu były dwa dni, dlatego chcieliśmy być pewni, że uda nam się kupić bilety. Właściciel pobliskiego baru ostrzegł nas, by pod żadnym pozorem nie kupować biletów od koników stojących przed kasami, tylko udać się bezpośrednio do kas. Tak też zrobiliśmy. Wolnych miejsc było bardzo mało, ale na szczęście udało nam się kupić dwa z ostatnich miejsc obok siebie. Ceny biletów wahały się od 35-180 euro. My za nasze zapłaciliśmy po 60 euro.

dsc_8934
Mecz zaczynał się o 20.45, więc z naszego hostelu mieszczącego się koło placu del Sol wyszliśmy o 19.00. Madryckie metro jest fantastyczne. Ilość linii pozwala dojechać właściwie wszędzie, więc po mniej więcej 30 minutach byliśmy już pod stadionem.

img_9595

img_9583

 

 

Oczywiście pamiątkowe zdjęcie w koszulkach na tle Santiago Bernabeu i można było ruszyć na poszukiwanie właściwego wejścia. Swoją drogą, stadion nie wydał mi się z zewnątrz imponujący. Rozmiarami był sporo mniejszy niż nasz stadion narodowy, a Adi mówił, że mieści ponad 30 tysięcy osób więcej. (Adi o Realu wie chybab wszystko :-))

Kiedy dotarliśmy do wejścia, lekko się zdziwiłam. Byłam gotowa na długie stanie w kolejce, dokładną kontrolę itp., jak ma to miejsce w Warszawie, a tu nic z tych rzeczy. Zero kolejek, cała masa wejść i obsługi, która ekspresowo wpuszcza na stadion. Uwierzcie na słowo, że dłużej panie sprawdzają bilety w kinie niż mi zajęło wejście na stadion.

img_9642-1

Wchodziliśmy z poziomu ulicy, a nagle jesteśmy w połowie trybun. Jak się okazało, stadion jest wkopany głęboko w ziemię, stąd nie robi takiego wrażenia z zewnątrz i wydaje się mały, a dopiero w środku widać jego prawdziwe rozmiary.

Kolejne pamiątkowe zdjęcia na tle boiska, trybun i można zacząć szukać miejsca. Pogoda tego dnia była delikatnie mówiąc średnia. Lało straszliwie i było już chłodno, dlatego ubrałam się na cebulkę. Kiedy znaleźliśmy swoje miejsca humor mi się poprawił.

img_9651

Trafiliśmy ‘pod balkon’ więc deszcz na nas nie padał, boisko było widać idealnie. Jednym słowem udało nam się kupić super miejscówki:) Brawo my!

Ludzi z każdą minutą przybywało. Większość osób siedzących obok siebie dobrze się znała. Jak widać – stali bywalcy. Piękny hymn z głośników i można zacząć oglądać, a tu kolejna niespodzianka – pod sufitem włączają się nagle kaloryfery (podobne do tych z restauracyjnych ogródków) więc zrobiło się ciepło i przyjemnie. Rewelacja!

Kibicowanie Hiszpanów znacząco różni się od tego, które widziałam w Warszawie. Mniej przyśpiewek, dużo więcej pojedynczych krzyków, wymachiwania rękami. Ah ten hiszpański temperament! Można to porównać bardziej do głośnego oglądania filmu w kinie, niż do kibicowania. Tym bardziej, że w przerwie meczu większość osób wyciąga ze swoich toreb kanapki, napoje, a trybuny zamieniają się w jeden wielki piknik:) Tylko koców w kratkę brakowało.

Generalnie oglądanie meczy na żywo jest 1000 razy ciekawsze niż przed telewizorem! Jedyny minus dostaje ode mnie gość, który siedział dwa rzędy przed nami i na każdą połowę miał przygotowane jedno śmierdzące cygaro. Jak tylko wiatr zawiał w naszą stronę, to paskudny zapach leciał prosto na nas. Miałam ochotę go udusić, jak kilka osób dookoła, ale nikt nie zwrócił mu uwagi. Jak widać, jeśli coś jest dozwolone, to w hiszpańskiej kulturze nie ma zwyczaju mówienia, że coś nam nie pasuje. Cały mecz uważam jednak za świetną zabawę.

Z chęcią wybrałabym się jeszcze raz na stadion!

dsc_8944
Naprawdę mi się podobało, bo jak inaczej wytłumaczyć to, że dwa dni po meczu udaliśmy się na zwiedzanie stadionu, muzeum, które się w nim mieści i wszystkich klubowych zakamarków, które normalnie są niedostępne dla widzów? Adi, czy ty to widzisz? 🙂

Bilet na taką wycieczkę kosztuje 20 euro od osoby i można go kupić w jednej z kas biletowych przy stadionie.

dsc_8953

dsc_8954dsc_8965dsc_8966

dsc_8981dsc_8998dsc_9030

Zwiedzanie rozpoczyna się od części muzealnej, w której znajduje się cała masa pamiątek począwszy od butów i piłek z początku XX wieku, kończąc na tych sprzed roku.

dsc_8967

Bordowo- srebrne buty Davida Beckhama.

dsc_8957

dsc_8960dsc_8973

Na monitorach wyświetlane są też najważniejsze wydarzenia z klubowej historii oraz bohaterowie owych wydarzeń.

dsc_8943

dsc_8947Na ścianach możemy zobaczyć też historyczne zdjęcia oraz największe rekordy klubu.

dsc_8971

Jest również pokazane to jak na przestrzeni lat zmieniało się logo RM.

dsc_9003

dsc_8948
Oczywiście w takim miejscu nie mogło zabraknąć pucharów, jest ich tutaj całkiem sporo!

W tym miejscu Adi się zatrzymał i powiedział “ w wieku 9 lat miałem taką koszulkę, a w zasadzie replikę kupioną na stadionie dziesięciolecia 🙂 “ Podobno od tej koszulki zaczęło się kibicowanie Realowi i trwa już ponad 18 lat.

Po prawej- aktualne koszulki i buty zawodników Realu Madryt. Komu kibicujecie?

dsc_9016
11 pucharów Europy. Adi mówi, że nikt nie ma więcej. Ja mu wierzę:)!

Nagrody dla piłkarzy. Złota piłka, złota rękawica…

dsc_9043

Tak stadion będzie wyglądał za 4 lata. Będzie zadaszony, muzeum zostanie powiększone, a na Santiago Bernabeu powstanie również centrum handlowe.

dsc_9046

Po części muzealnej trafiamy na dobrze znane nam już trybuny. Zagadka dla Was, co to za urządzenia na boisku i do czego służą. Jestem ciekawa, czy zgadniecie.

dsc_9086
Kiedy obeszliśmy trybuny dookoła mogliśmy przez chwilę poczuć się jak Jerzy Dudek i posiedzieć na ławce rezerwowych. Siedzenia są tutaj naprawdę wygodne, więc nie dziwimy się Jurkowi, że ciężko było mu się z niej podnieść:)

dsc_9072

Stadion z perspektywy murawy- robi wrażenie!

dsc_9098
Zaraz potem mogliśmy zajrzeć do szatni zawodników. Co ciekawe, ta Realu jest prawie 2 razy większa niż szatnia gości. Jest w niej też jacuzzi! Wow!

dsc_9111
Kolejnym punktem wycieczki była sala konferencyjna, w której piłkarze odpowiadają na pytania dziennikarzy.

dsc_9113
Na sam koniec trafiliśmy do 3 piętrowego klubowego sklepu, w którym można było kupić najprzeróżniejsze pamiątki z logo Realu. Począwszy od koszulek, przez puzzle, otwieracze do piwa, na brelokach i długopisach kończąc. Marketing na 6+!

dsc_9114
Powiem Wam, że świetnie spędziłam czas i jeśli będziecie w Madrycie, to nawet jeśli nie jesteście fanami piłki nożnej, wybierzcie się na zwiedzanie stadionu i jego zakamarków. Warto!
PS A teraz czas na odpowiedź, co to za urządzenia stały na boisku. Przyznam się Wam, że ja nie zgadłam, kiedy Adrian zadał mi to pytanie. Bo skąd miałabym to wiedzieć? Otóż, jak się okazuje, trawa też czasem musi iść ‘na solarium’. Jeśli ma być mocna, zielona i wytrzymywać kontakt z piłkarskim obuwiem, to potrzebuje odpowiedniej ilości światła słonecznego, które przez wysokie trybuny nie jest wstanie dotrzeć na murawę, a co za tym idzie, trzeba jej w ten sposób pomagać. Adi powiedział mi też, że w Niemczech, bardzo blisko moich rodziców, jest stadion, na którym trawa na cały tydzień wyjeżdża pod jedną z trybun poza stadion, by złapać trochę słońca, a dopiero przed meczem z powrotem wraca na miejsce. Szaleństwo!

PS2 Chyba złapałam bakcyla i częściej będę chodziła na mecze! A przynajmniej się postaram 😛

Mogą Ci się spodobać także

Zostaw komentarz. Twój adres e-mail nie będzie widoczny

7 komentarzy

  • Odpowiedz
    Piotr M
    20 listopada 2016 at 14:06

    Super artykuł. Tylko co do jednego bym się nie zgadzał – J. Dudka. On nie miał na to wpływu, że na ławce siedział.
    A pozostała relacji 11/10. Nie byłem nigdy na stadionie, do czasu aż do Madrytu na kilka dni przyjechałem. Szkoda tylko, że tej atmosfery na naszych rodzimych boiskach nie ma. Całe rodziny na maczu można zobaczyć, bez rac, bez burd bez spięcia… nie to co u Nas.
    Bilet można kupić również na ich stronie internetowej a bilet w specjalnej aplikacji zachować do czasu wejścia na stadion.
    Nie byłem fanem Realu, ale po meczu i wrażenia które mi zostały, mogę powiedzieć, że chyba nim zostałem 😀
    Na następny raz w Madrycie zostawiłem sobie zwiedzanie muzeum.
    Super artykuł.

    A co do tych maszyn, sądziłem że wszystko już widziałem w życiu, ale o solarium dla trawy pierwszy raz się dowiaduję 🙂
    Sądziłem, że to kosiarki specjalne.

    • Odpowiedz
      Charlize Mystery
      21 listopada 2016 at 12:38

      Informacja o J.Dudku była napisana bardziej w formie żartu:)

  • Odpowiedz
    Ev
    20 listopada 2016 at 22:05

    Co za klimat! Zazdroszczę! 😉

  • Odpowiedz
    Karolina
    21 listopada 2016 at 14:50

    Na ławce czy nie i tak każdy zazdrości Dudusiowi 🙂 Ja takich pikników nie lubię. Widziałam już kilka klubowych stadionów w Europie, ale jednak Narodowy ma to „coś”! A atmosfera na nim jest genialna 🙂

    Pozdrawiam

  • Odpowiedz
    Meggie
    22 listopada 2016 at 19:21

    Miałam podobnie jak ty kiedy mój facet non stop gadał o nba. Teraz sama z ciekawością oglądam czasem mecze, o ile nie lecą w środku nocy.

  • Odpowiedz
    Kasia
    2 grudnia 2016 at 12:21

    Też byłam jakiś czas temu w Madrycie ale niestety na stadion zabrakło czasu, super miasto. O Fontannę gdzie Real zawsze świętuje zwycięstwo też raczej zahaczyliście?

  • Odpowiedz
    Dedi
    1 września 2017 at 08:43

    Pozazdrościć. Fantastyczna relacja z pobuty na stadionie w Madrycie. Pani to ma dobrze, podróżuje, zwiedza świat – kto by tak nie chciał! dzieki tej relacji wiem jak wygląda stadion oczami odwiedzających. Wspaniale!