10 urodziny bloga przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Dostałam od Was tyle pozytywnych wiadomości przepełnionych komplementami, pochwałami i życzeniami , że w tym momencie jestem zmotywowana jak nigdy do dalszej pracy i tworzenia super wpisów. Mam nadzieję, że jutro uda mi się odpisać na wszystkie Wasze pozostałe wiadomości! 🙂
Zgodnie z obietnicą poniżej znajdziecie konkurs. Tak jak mówiłam na InstaStories w związku z tym, że ma on związek z 10 urodzinami… głównych nagród będzie 10. Wartość każdej z paczek przekracza 5000 zł – jest więc to największy konkurs w historii mojego bloga. Nie wyobrażałam sobie innych nagród- w końcu 10-lecie obchodzi się tylko raz w życiu!
W urodzinowym wpisie to ja opowiedziałam Was moją historię i opisałam 10 najciekawszych momentów z ostatnich 10 lat. Teraz chciałabym poznać Was. Jak napisała jedna z Was: „W życiu często tak jest, że jedna decyzja, chwila odwagi, zaufania, podjęcia próby jest początkiem zadziwiających „dalszych ciągów.”
Waszym zadaniem będzie odpowiedzieć kreatywnie na pytanie, w komentarzu pod tym postem ….
„Jak decyzja, którą podjęliście w ciągu ostatnich 10 lat wpłynęła na Wasze dalsze życie?”
Najciekawszych 10 odpowiedzi zostanie nagrodzonych 10 paczkami z samymi fantastycznymi nagrodami.
W ciągu tygodnia skontaktuję się też z osobami, które podpowiedziały mi ten temat 🙂 Będę miała dla Was małą niespodziankę!
Konkurs trwa do 7.06. Powodzenia!
&OTHERSTORIES sukienka | MELISSA buty | ZARA kolczyki | SUCREETCREME tort | SEMILAC paznokcie
Poniżej znajdziecie nagrody, które znajdą się w paczce:
Body Boom
– peeling kawowy – nawilża, pielęgnuje, wygładza. Jeden z flagowych produktów Body Boom!
– masło do ciała antycelulitowe – Idealne uzupełnienie peeling’u. Wygładza i nawilża. Jest w 100% naturalne.
Gillette Venus
– moja ulubiona podróżna maszynka, która tworzy doskonały duet z…
Braun
– … depilatorem Silk Epil 5 od marki Braun. Dzięki tym produktom nasze ciało będzie idealnie gładkie podczas zbliżających się wakacji.
Skagen
– kolejny produkt w konkursie to zegarek duńskiej Marki Skagen. Pokochałam ją za minimalizm i prostotę. Klasyczny złoty zegarek z granatową tarczą będzie idealnym uzupełnieniem wielu stylizacji.
Real Techniques
– Czym byłby makijaż bez pędzli i gąbeczek ? W zestawie znajdziecie 3 pędzle oraz dwie gąbeczki.
Bioderma
– Kultowy płyn micelarny oraz ich przyspieszacz opalania z filtrem SPF30 to kolejne dwa produkty do wygrania w urodzinowym boxie.
Origins
– Oczyszczająca maseczka do twarzy, dzięki której odświeżycie i rozświetlicie swoją skórę twarzy.
Sephora
– aksamitna, matowa pomadka to kolejny z produktów, przy pomocy których Wasz makijaż będzie wyglądał idealnie.
Estee Lauder
– płynna pomadka z kolekcji Pure Color Envy Paint-On Liquid LipColor w jednym z trzech rodzajów wykończeń – matowym, metalicznym lub winylowym.
Phenome
– Luminous Apple Cream – lekki w konsystencji krem, rozjaśnia przebarwienia, dodaje blasku i wyrównuje koloryt skóry. To tylko część z jego zalet.
Clinique
– lekki żel- krem zapewniający 72 godzinne nawilżenie skóry.
Pupa
– Sport Addicted Make up Fixer – spray utrwalający makijaż o lekkiej i świeżej formule opartej na wodzie.
Organique
– kula do kąpieli o zapachu mango. Pachnąca i musująca kula nawilża i pielęgnuje suchą skórę podczas kąpieli. Drugi z produktów to średnioziarnisty peeling do twarzy. Drobinki bursztynu pomagają złuszczać martwy naskórek, dzięki czemu nasza skóra będzie idealnie gładka .
Missoni
– pierwszy z dwóch zapachów znajdujących się w boxie. Kwiatowo owocowa kompozycja włoskiej marki z pewnością idealnie sprawdzi się latem.
Laura Mercier
– Rozświetlający puder Laura Mercier to idealny produkt do podkreślenia kości policzkowych, oczu i dekoltu.
Nude by Nature
– Translucent Loose Finishing Powder – Ultralekki, transparentny, sypki puder o aksamitnej konsystencji.
Apart
– Srebrny naszyjnik. Poza mnóstwem kosmetyków w paczce nie mogło zabraknąć biżuterii od mojej ulubionej polskiej marki.
Claudia Schiffer dla ArtDeco
– transparentny puder utrwalający makijaż.
Mieszko
– mieszanka czekoladek od Mieszko osłodzi Wam dodatkowo wygraną w konkursie.
Książka 'W cieniu magnolii”
– pierwsza z dwóch książek. Lekka, wakacyjna powieść o miłości idealnie sprawdzi się podczas letnich wieczorów.
Książka „100 lat mody”
– 100 lat mody na 10 urodziny. Historia mody w pigułce.
Netflix
– karta o wartości 60 zł, dzięki której będziecie mogli śledzić swoje ulubione seriale!
System Professional
– zestaw składający się z dwóch profesjonalnych produktów, które dostaniecie tylko w salonach fryzjerskich – szamponu i odżywki do włosów farbowanych.
Yope
-Żel pod prysznic od polskiej marki o zapachu róży i kadzidłowca. Jeśli jeszcze nie znacie ich produktów to z pewnością je pokochacie.
Revlon
– Dwa produkty -róż w kremie i cień w kremie idealnie dopełnią letni makijaż.
MAC
– matowa pomadka od MAC to kolejny z makijażowych produktów jaki znalazł się w urodzinowym boxie.
Bobbi Brown
– kolejna piękna pomadka. Klasyka, która powinna znaleźć się w każdej kosmetyczce.
Kat von D –
-Kontynuujemy uzupełnianie makijażowej kosmetyczki. Kredka i pomadka od Kat von D to opcja dla bardziej odważnych dziewczyn, które nie boją się koloru w makijażu.
Eos
– jeśli chodzi o balsamy do ust, to Eos nie ma konkurencji.
Semilac
– zestaw startowy od Semilac, marki która wspiera mnie od długiego czasu i która wyznacza trendy wśród firm z lakierami hybrydowymi.
Jo Malone
– przepiękny zestaw dwóch zapachów o pojemności 30 ml każdy. Ich niesamowitą moc poznasz, gdy połączysz oba na skórze.
Too Faced
– paleta bronzerów i rozświetlaczy, które absolutnie zwalą Was z nóg. To makijażowy must have, dlatego nie mogło go zabraknąć wśród nagród.
Benefit
– na koniec 4 produkty od Benefit – kultowy tusz do rzęs, bronzer, kredka do brwi oraz korektor. W ten sposób dopełnicie każdy makijaż!
Regulamin znajdziecie tutaj.
WYNIKI KONKURSU. Zwycięzców proszę o podesłanie danych teleadresowych ( musicie je podesłać z emaila, który podaliście w zgłoszeniu konkursowym) na adres email: contact@charlizemystery.com z tytułem: „Konkurs Charlize Mystery”.
Kolejność prac jest losowa 🙂
- KAROLINA89 10 lat temu podjęłam decyzję, która wywróciła moje życie do góry nogami. Moi rodzice,oboje prawnicy, od małego namawiali mnie do pójścia w ich ślady. Czytałam historyczne książki, oglądałam serial Ally McBeal i wbijałam sobie do głowy jak mantrę słowa rodziców-będziesz dobrym prawnikiem, inne zawody nie są dla Ciebie. 10 lat temu zachorował moj dziadek. Od małego kojarzył mi się z cukierkami, które mi dawał ukradkiem przed mama i dymem tytoniowym. Dym. Papierosy. Diagnoza-nowotwór płuc z przerzutami. Choroba potoczyła się bardzo szybko i zabierała silę z mojego ukochanego dziadka. W końcu jego stan na tyle się pogorszył,ze trafił do hospicjum. Nie poddawalam się w walce o jego życie, starałam się rozbawiać go i odwracać jego uwagę od strachu przed śmiercią. Poznałam tam wtedy wspaniałych ludzi-lekarzy,pielęgniarki i wolontariuszy, którzy pomagali nie tylko pacjentom, ale i ich rodzinom przejść przez te trudne chwile, pogodzić się ze śmiercią i nauczyć się cieszyć każdym dniem. Po przemyśleniu mojego dotychczasowego życia i planów stwierdziłam, ze nie chce obrać tej ścieżki, którą wybrali za mnie rodzice. Żyje się raz i na łóżu śmierci chciałabym powiedzieć moim praprawnukom, że miałam zajefajne życie. Zmieniłam pod koniec roku szkolnego klasę w liceum na bio-chem, wiedząc ze bedę musiała ze zdwojoną sila pracować, by nadrobić zaległości. Zdałam maturę, dostalam się na medycynę, a teraz pracuje w hospicjum i tak jak kiedyś lekarze pomagali mojego dziadkowi, tak ja teraz staram się przeprowadzić pacjentów przez najtrudniejszy końcowy etap życia. Praca w hospicjum nie jest łatwa, sama wiele razy miałam lzy w oczach,ale daje jednocześnie ogrom satysfakcji i radości, gdy ulży się w bólu i wywoła uśmiech na twarzy drugiej osoby. Togę zmieniłam na biały fartuch i była to najlepsza decyzja w moim życiu. Wierzę, ze dziadek patrzy na mnie z gory i kibicuje moim wyborom.
- ALEKSANDRA JĘDRUSZCZAK Moja historia nie zaczyna się szczęśliwie. 7 lat temu, podczas remontu w naszym domu na moją mamę spadł pustak. Tyle dobrego, że mamie nie stało się nic poważnego, była niestety dość potłuczona. Jednak jak to ona, zawsze była zawzięta i uparcie twierdziła, że nie musi iść na żadne badania. Mimo wielu nalegań ze strony domowników, stwierdziła, że pójdzie na następny dzień do pracy. Gdybym wtedy nie zareagowała, to nie wiem, czy nadal była by teraz obok mnie. Wiedziałam, że jeżeli nie zadecyduje sama, to ona nie wybierze się do szpitala. Zatem zadzwoniłam do jej szefowej i opowiedziałam całą sytuację, przekonując, że mama musi iść na te badania. Była ona kobietą wyrozumiałą i sama zadzwoniła do mojej mamy, że jutro koniecznie ma pójść się zbadać, bo daje jej dzień wolny. Mama, oczywiście wściekła! Bo jak mogłam zadecydować za nią… Następnego dnia oczywiście pojawiłam się z nią w szpitalu. Będąc w poczekalni waliło mi serce tak, że miałam wrażenie, iż wszyscy to słyszą. W końcu wyszła moja mama… cała zapłakana. Okazało się, że ma dwa równoległe tętniaki. Po pierwszej operacji, lekarz powiedział mamie, że ten wypadek to cud, bo gdyby nie on to… Cóż, jeden z tętniaków był tak zaawansowany, że mógł pęknąć przy zwykłym kichnięciu. Kiedy mama rozmawiała z lekarzem, powiedziała mu, że to tylko dzięki mnie zdecydowała się na te badania. Potem ten sam lekarz powiedział mi, że prawdopodobnie będzie to najważniejsza decyzja w moim życiu. To, że wtedy postawiłam na swoim i zaciągnęłam ją do tego szpitala na siłę. Nie muszę chyba mówić jak wpłynęło to na moje życie …. Najważniejsza osoba w moim życiu (moja mama) nadal jest tu ze mną.
- ZUZA Może to historia jakich wiele. Dla mnie jednak to najważniejsza decyzja w moim dotychczasowym życiu. Miałam 24 lata, świeżo po studiach nie do końca wiedziałam co chcę robić w życiu. Ja, absolwentka studiów humanistycznych, nie mogłam znaleźć pracy w zawodzie, dorabiałam jako ekspedientka w butiku odzieżowym, a najjaśniejszym punktem mojego życia był fakt, że byłam zaręczona z ” Panem Doktorem w trakcie specjalizacji z ortopedii”. Z każdym dniem czułam, że coraz bardziej gubię samą siebie. Od kilku lat miałam jednak swoją pasję- z zapałem uczyłam się języka chińskiego. Bez większej nadziei zaaplikowałam o stypendium jednego z pekińskich uniwersytetów….i dostałam je! Zachwycona poinformowałam rodzinę i narzeczonego. Zamiast gratulacji i słów wsparcia od Pana Doktora usłyszałam, że jak tylko pojadę ” to z nami koniec”, bo on potrzebuje kobiety do pokazywania się tu na miejscu i nie zamierza na mnie czekać. Moi najbliżsi również zareagowali bardzo negatywnie- ich największym zmartwieniem było to, że mój związek z Panem Doktorem nie przetrwa rozłąki i ” co my wtedy zrobimy” ( tak jakby mieli w tej kwestii cokolwiek do powiedzenia). Czułam, że podcięto mi skrzydła. Dwa tygodnie zastanawiałam się co zrobić, myślę że byłam wtedy na skraju załamania nerwowego, bez wsparcia, bez wiary we własne możliwości.W końcu wybrałam siebie, nie wiem skąd znalazłam tyle wewnętrznej siły. Na lotnisko odprowadziła mnie jedynie przyjaciółka. Poleciałam. Ten wyjazd i 2 -letnie studia odmieniły moje życie. Obecnie jestem jednym z niewielu w Polsce- tłumaczem języka chińskiego, mam własną firmę i masę zadowolonych klientów. Po powrocie znalazłam prawdziwą miłość i od roku jestem szczęśliwą żoną, a od miesiąca też mamusią. Właśnie przygotowuję się do egzaminu na tłumacza przysięgłego- trzymaj kciuki!P.S. dziewczyny nie dajcie sobie nigdy wmówić, że Wasze szczęście zależy od faceta. To Wy jesteście ważne!
- MARTYNA K. Dokładnie 10 lat temu – 12 czerwca 2008r podjęłam najważniejszą decyzje w swoim życiu.Ale po kolei…
Byłam w klasie maturalnej (poszłam rok wcześniej do szkoły dlatego zdawałam jako osiemnastolatka), matura była w maju, poszło – jak się później okazało bardzo przyzwoicie. Ale ja nie o tym.
W całym tym naturalnym zgiełku ciagle obiecywałam sobie, że pójdę do lekarza bo paskudnie się czułam, w końcu poszłam zrobić badania, wizytę u lekarza POZ miałam na 10 maja. Szlam tam bardziej dla świetego spokoju, a okazało się, że usłyszę tam wiadomości które całkowicie zmienia moje życie.
Pani doktor powiedziała, że wszystko wskazuje na to, że 1) jestem w ciąży, 2) mam paskudnie złe wyniki które mogą świadczyć o białaczce. Nie wierzyłam. Kolejne dni pamietam jak przez mgłę, skierowanie do szpitala, oddział hematologiczny, paskudny oddział, mnóstwo chorych. Co więcej byłam sama, nie powiedziałam nic nikomu, bałam się o Mamę i babcie, że będą się zamartwiać. Ojciec dziecka… nie kochałam go. Był trochę z braku laku. Powiedziałam, że jadę do koleżanki odpocząć, a byłam 30 km od domu w szpitalu. Po 3 tygodniach była diagnoza- białaczka limfatyczna. Ale to nie wszystko, według lekarzy konieczna była aborcja. Nie pamietam co wtedy czułam, co powiedziałam, nie wiem jak to przeżyłam. Pamietam tylko, że podali mi termin aborcji -12.06.2008r, godzina 10.00.
Miałam milion myśli, począwszy od tych, ze muszę usunąć ciąże, na tych, że zabije własne dziecko kończąc… kiedy przyszedł dzień aborcji (nadal nic nikomu nie powiedziałam) wyszłam ze szpitala na własne żądanie. Usłyszałam tylko, że jestem skrajnie nieodpowiedzialna, że nie przeżyje, ani ja ani dziecko, że to bez sensu, że muszę ratować siebie bo dziecko i tak nie przeżyje. Mnie nie obchodziło co do mnie mówili, podjęłam decyzje. Pojechałam do domu, powiedziałam o wszystkim rodzinie, ojcu dziecka. Decyzji nie zmieniłam. Bałam się tak bardzo, że do dzisiaj nie potrafię o tym mówić. Jednocześnie czułam się odpowiedzialna za istotę pod moim serce a z drugiej strony wiedziałam, że mogę umrzeć, że nie będzie miało matki… jednak udało się. Urodziłam w Wigilie 2008r. Był to mój wigilijny cud. Mimo, ze wcześniak, mimo, że wiele problemów- urodził się. Prześliczny, cudowny Michaś. Wiedziałam ze za kilka dni muszę przyjąć chemię i nie będę widziała pierwszych dni, tygodni, miesięcy… ale miałam tak ogromna mobilizacje, że udało się. Po 18 miesiącach leczenia byłam zdrowa. Po drodze było wiele problemów, Michałek chorował, nie mógł pójść do szkoły o czasie, ale już jest wszystko dobrze. Jest moim cudem. Tydzień temu wyszedł z 1 Komunii Świętej, wspólnie dziękowałam Bogu za wszystko…
i to właśnie ta data 12.06.2008 zmieniła moje życie. Nie wiem skąd znalazło się we mnie tyle odwagi, nie wiem skąd miałam tyle siły, ale wiem, że jedna decyzja może zmienić całe życie. Niestety nie mogę mieć więcej dzieci, ale co z tego, mam Michasia. Kto wie, może wydarzy się jeszcze jakiś cud
Pamiętajcie dziewczyny, zawsze idźcie za głosem serca!
- IZABELA Decyzja jaką podjęłam zmieniła całkowicie moje życie. Na drodze pojawiło się pełno wyrzeczeń, bólu, łez i trudności. Jednak żadna z tych sytuacji nie zastąpi największej wdzięczności – miłości, która zakwitła niespodziewanie i trwa po dziś dzień.Moją decyzją, było zdecydowanie się na dzielenie życia z ciemnoskórym mężczyzną w polskich realiach.
Na początku było to „coś” niezobowiązującego, nie traktowałam tego poważnie. Wszyscy mówili „ten typ się nigdy nie zmieni”. Bałam się ludzi, bałam się ich reakcji jak się dowiedzą. No bo jak to tak spotykać z obcokrajowcem i to o CIEMNYM KOLORZE SKÓRY?! Co powiedzą sąsiedzi na wsi? Co powiedzą ciotki z rodziny? […] Kiedy nasza relacja zaczęła zmieniać się w coś poważnego, pojawiło się trwałe zauroczenie – człowiek nie myśli wtedy o przyszłości, trudnościach, zdaniu innych. Liczy się tylko to, że się jest szczęśliwym. I tak było. Do pierwszego wspólnego wyjścia. Rasistowskie docinki, pogardliwe spojrzenia w moją stronę.. to tylko początek. Złamało mi to serce na pół, jednak nigdy nie pokazałam tego po sobie. Musiałam być silna dla niego. Kiedy nadszedł ten cudowny moment, podczas, którego zdecydowaliśmy, że nasz związek jest czymś naprawdę poważnym, zawiązanym silnym uczuciem postanowiłam poinformować moją rodzinę o swoim wybranku. Moja rodzina nie akceptuje tego wyboru, za każdym razem, kiedy przyjeżdżam w odwiedziny słyszę, że mój mężczyzna zamieni mnie w niewolnicę, wywiezie, sprzeda.. Że mam wybrać jego albo rodzinę. Słyszę ogromną ilość komentarzy i opinii na temat człowieka, o ogromnym sercu i wspaniałym charakterze od ludzi, którzy nigdy nawet nie widzieli go na oczy. I widzieć nie chcą. To wszystko złamało i łamie mi serce na jeszcze mniejsze połówki. Jest to dla mnie przerażające, jak bardzo zacofane jest polskie społeczeństwo, jak mylne ma przekonania i jak ważny jest przede wszystkim odcień skóry.
Wybrałam miłość, będąc całkowicie przerażona, załamana i skreślona w oczach rodziny. Nauczyłam się jak być człowiekiem silnym, walecznym, otwartym i nie patrzącym na wygląd. I za każdym razem nawołuję do tego, żeby NIE BYĆ RASISTĄ, BO LICZY SIĘ SERCE I TO CO W NIM MAMY. Czy żałuję? Nie. Gdyby ceną miłości miało być napiętnowanie, bycie codziennie wytykanym nadal bym się na to zgodziła. Ludzie nie powinni bać się kochać i być kochanym. Nie bójmy się przeszkód, opinii innych i trudności. One nas uczą, kształtują. Jestem dumna ze swojego wyboru i szczęśliwa, że pomimo tego ogromnego strachu potrafiłam podjąć decyzję, która zmieniła mnie i moje życie.
PS. Ten typ też się jednak zmienił.
- LINECZKA192 Mały domek na przedmieściach, przystojny mąż u boku, fajna praca od pon-pt….no kurcze niejedna kobieta o tym marzy. Ale wiesz co…ja się dusiłam! To było dokładnie 7lat temu,kiedy po przeczytaniu ksiązki o alkoholiczce która pije bo straciła pasję, pomyslałąm :”Że się wypaliłam,i jeszcze moment a się uduszę,zabraknie mi tchu aby wstać rano z łóżka i motywacji aby przebrać się z piżamy”. Co dziennie te same czynności, ten ponury świat za oknem, te same pytanie męża…Pamiętam to jak dziś, rozchulała się wiosenna burza a ja wracałam autem do domu,wycieraczki nie dały rady zgarnywac deszczu z szyby. Ledwo co widziałm na kilka metrów. Nagle ogromny podmuch wiatru dosłownie zmiótł z powierzchni ziemi wielki klon na samochód poprzedzający mnie,ledwo zdążyłąm wychamowac. On miał mniej szcześcia, niewielewięcej pamiętam, tylko tyle że chciałam mu pomóc,ale juz było za późno. Tak bardzo chciałam mu pomóc i tak dziekowałm bogu że to nie ja,że mnie ocalił. Widok samochodu rozmiażdżonego przez drzewo wyrył w mojej głowie trwały ślad.Świadomośc że byłam bliska śmierci sprawił,że dopiero w wielu 23 lat-zaczełąm żyć ! Tak bardzo przeżyłam te historię,że spac nie mogłam po nocach. Tak bardzo obwiniałam się ,że nie umiałam pomóc temu człowiekowi. Tak bardzo ,że aż rzuciłąm prawo żeby zacząć zupełnie nowe studia-na UM-ratownictwo medyczne. I do dzis jeżdżę w karetce i wiesz co, czuję że żyje prawdziwie! Jestem sobą i robię to co lubię. Może ni e zawsze ratuję ludzkie życie,ale kilka juz mi sie udało ocalić. Może nie mam szpilet w pracy ale wiem jak nadepnąc na odcisk pijaczynie któy bije swoją żonę. I czuję ,że to moje powołanie! Te 30 sekund uratowało mi życie,podwójnie, fizycznie i psychocznie,bo ta praca daje mnóstwo satysfakcji. A to odblaskowe logo na moich placach to moja duma!
- JUSTI Bez chwili namysłu uważam ,że momentem,który wpłynął na moje życie najbardziej w ciągu 10 lat jest przeprowadzka,a raczej ucieczka do Warszawy. Mieszkałam z rodzicami i bratem około 120 km od Warszawy w małej, pięknej wsi. Czego chcieć więcej – piękna okolica, nikt się tu nie śmieszył, owoców i warzyw pod dostatkiem, cudowne, błogie dzieciństwo do czasu… gdy mój ojciec nie zaczął pić. Naprawdę niczego nam nie brakowało, rodzice mieli dobrą pracę, z nami też nie było problemów, sami też się świetnie dogadywali i kochali…do momentu uzależnienia ojca od alkoholu. Zaczęło się od kilku piw,a w momentach końcowych litr wódki na raz to było za mało. Miałam 15 lat ojciec upił się do tego stopnia, że rzucił się najpierw na mnie, a potem na brata z nożem. Gdy mama wróciła z pracy oberwała również i ona krzesłem. Życie z pijakiem jest strasznie trudne… z jednej strony jest to ciągła nadzieja,że przestanie pić(po jego obietnicach) a z drugiej kochasz tą osobę chcesz jej pomóc w walce z uzależnieniem, ale przychodzi taka chwila jak wtedy ta,że nie masz zupełnie sił walczyć. Z trudem udało nam się przekonać mamę do ucieczki. Każde z nam spakowało się w plecak i uciekliśmy. Na peronie o 4 rano zdecydowaliśmy,że wsiadamy do byle jakiego pociągu i tam gdzie jest przystanek końcowy tam będzie nasze miejsce. Trafiło na Warszawę. Było niezwykle trudno. Żadnych perspektyw,mieszkania, pieniędzy, ale najważniejsze,że mieliśmy siebie. Spaliśmy w przytułkach, ale po miesiącu udało się mamie i bratu znaleźć pracę. Wynajęliśmy kawalerkę i od głupiego sztućca musieliśmy się wszystkiego dorobić. Obecnie po wielu ciężkich latach jestem szczęśliwa. Mieszkam już z narzeczonym we własnym mieszkaniu(na kredyt), mamie udało się na nowo ułożyć Życie,a brat wyjechał do Norwegii i pracuje jako informatyk. Obecnie jestem asystentem kierownika w popularnej sieciówce,w której miałam okazję Cię poznać i pomóc w znalezieniu upatrzonych rzeczy. Nie żałuję ucieczki i choć przez dłuższy czas miałam pod górkę w życiu, obecnie jestem przeszczęśliwą osobą. Życie nauczyło mnie jednego -ciężkiej pracy i tego, żeby nigdy, przenigdy się nie poddawać.
- MARTADroga Karolino!!
Ponieważ nie określiłaś, żeby historie opisywane przez dziewczyny- czytelniczki bloga były tylko i wyłącznie pozytywne, moja historia będzie zgoła odmienna. Ale z happy endem. Otóż…wyszłam za mąż dość wcześnie bo w wieku 21lat. Zakochałam się i nie było wtedy dla mnie innej opcji jak tylko poślubić tego wymarzonego faceta. Ideał- miły, uczynny, szarmancki, inteligentny. I jak mi się wtedy wydawało- świata poza mną nie widział. Był starszy ode mnie o 15 lat, miał swoją firmę, dobrze zarabiał więc stać nas było na podróże i spełnianie marzeń. Ale ta sielanka nie trwała zbyt długo…Pierwszy raz uderzył mnie w trakcie naszego miesiąca miodowego. Teraz już nawet nie pamiętam za co…chyba nie spodobało mu się że ubrałam krótką sukienkę (która według mnie była normalną sukienką zakładaną na plażę w czasie wakacji). Przepraszał, twierdził że to się więcej nie powtórzy i że sam siebie nie nawidzi za to co mi zrobił. Ale jak się domyślasz sytuacje takie powtarzały się na przełomie kilku następnych lat wielokrotnie. I za każdym razem scenariusz wyglądał tak samo- coś go zdenerwowało, używał siły i przemocy, przepraszał a potem znowu to samo. Pewnie zastanawiasz się jak mogłam być z takim człowiekiem i zgadzać się na to… ale odpowiedź jest prosta- kochałam go. Teraz wiem, ze to niedorzeczne ale tak właśnie było. W czasie, kiedy byłam z nim, straciłam większość znajomych i przyjaciół, bo oni nie byli w stanie tego zaakceptować. Na początku byłam na nich zła, że się ode mnie odwrócili, ale teraz wiem, że chcieli mi zafundować terapię szokową, chcieli żebym się obudziła z tego koszmaru i zaczęła normalnie żyć. A ja z czasem tak się przyzwyczaiłam do tego stanu rzeczy, do swojego nieszczęścia, że tkwiłam w tym związku. I byłam z tym zupełnie sama. Bałam się od niego odejść, bo bałam się że już do końca życia będę samotna. On potrafił tak obniżyć moje poczucie własnej wartości, że już straciłam nadzieję na lepsze jutro. Ale zawsze w życiu przychodzi taki moment, kiedy trzeba zacząć wszystko jeszcze raz, od początku, najlepiej w nowym miejscu. Również u mnie taki moment nastąpił. Zaszłam w ciążę- początkowo cieszyłam się, że będę mamą, myślałam że jak będę w ciąży to on mnie oszczędzi. Ale myliłam się. Uderzył mnie, jak mu się nie spodobało, że rozmawiam za długo przez telefon. I wtedy po raz pierwszy powiedziałam DOŚĆ. Pewnie gdybym nie była w ciąży to znosiłabym to tak długo, aż nie wydarzyłaby się jakaś tragedia. Ale pomyślałam, że przecież nie jestem sama, że oprócz mnie jest jeszcze moje dziecko. Następnego dnia spakowałam walizki i wyprowadziłam się do innego miasta i zmieniłam numer telefonu. 7 miesięcy później urodziłam zdrową dziewczynkę. A dziś śmiało mogę powiedzieć, że moja córka będąc jeszcze u mnie w brzuchu, uratowała mi życie. Teraz jesteśmy razem szczęśliwe i każdego dnia staram się zapomnieć o tym koszmarze, który zafundował mi człowiek, którego kochałam.
Nie wiem, czy chcesz opublikować moją historię, ale zainspirowałaś mnie, żebym się tym podzieliła z czytelniczkami Twojego bloga. Nawet kamień spadł mi z serca jak to wszystko opisałam. Dziewczyny opisują raczej znalezienie miłości, a ja musiałam podjąć decyzję by dla dobra mojej córki tą miłość porzucić. I nie żałuję!!!
Wszystkiego najlepszego z okazji 10 urodzin bloga:)
- PARYSKI SEN
Kochani,
Moja historia, jak patrze teraz na nia obiektywnie, wydaje sie totalnie bajkowa. Mam nadzieje, ze posluzy komus jako inspiracja i motor do dzialania, szczegolnie osobom planujacych swoja kariere w branzy FASHION. Ja zawsze staralam sie wyznaczac sobie cele i dazylam do nich. Efekty byly rozne, ale koniec koncow, to ta droga do celu jest najbardziej pouczajaca! Obecnie mieszkam w Paryzu, pracuje w branzy modowej i ciagle sledze blog Karoliny, bo jest po prostu swietny!! A teraz moja historia, mam nadzieje, ze starczy cierpliwosci zeby przeczytac do konca :
Dziesiec lat to tyle czasu i tak wiele sie u mnie wydarzylo, teraz mam 29 lat.
Moda interesuje sie od kiedy pamietam, bo moja Mama bardzo duzo szyla. Maszyna do szycia zawsze stala na stole w kuchni i zapach materialu towarzyszyl nam przy obiedzie bardziej niz ten pomidorowej czy szarlotki.
Zawsze ubieralam sie troche inaczej niz inni, lubilam sie wyrozniac! Nie stawialam na drogie logo, ale oryginalnosc. Mialam totalnego bzika na punkcie vintage i lat 60tych, plisow, rockabilly, starej francuskiej fotografii, Catherine Deneuve i Brigitte Bardot. Uwielbialam wypady do second handow, a ze akurat w Warszawie sa one naprawde swietne, mialam wyjatkowo w czym wybierac. Przyciagala mnie dusza i klimat tych ubran oraz ich niepowtarzalnosc.
Po maturze, pierwsze dlugie wakacje, ale ja wiedzialam juz co z nimi zrobic. Postanowilam, ze chce isc na staz do magazynu mody! No tak, tylko jak sie tam dostac? Glowkowalam jeden wieczor, otworzylam magazyn „Viva” i w stopce znalazlam bezposrednie numery telefonow redaktorek mody. Tego samego wieczoru, wyslalam smsy. I ku mojemu zdziwieniu – odpowiedzialy mi dwie! Nastepnego dnia mialam juz spotkanie w siedzibie redakcji Viva. Ogromny, piekny budynek wydawnictwa Edipresse, to bylo moje miejsce stazu na najblizszy lipiec i sierpien. Poznalam zycie redakcji, kulisy pracy redaktorek mody, duzo czasu spedzalysmy w showroomach i sklepach aby wyporzyczac ubrania do sesji zdjeciowych. Moja przelozona byla Zuza Kuczynska, zalozycielka marki Le Petit Trou. Tyle sie dzialo i to byl dla mnie wtedy wielki swiat. Mialysmy nawet swojego szofera! Pozniej byl tez staz w Glamour. Sesje z Kora Jackowska, Kasia Kowalska czy Grazyna Torbicka.
Po pierwszym stazu tuz po maturze, przyszedl czas na maly wyjazd. Byl to wyjazd do Paryza z kolezankami z liceum. Miasto tak sobie przypadlo mi wtedy do gustu, ale widzialam w nim wielkie mozliwosci pod wzgledem rozwoju w kierunku mody.
Wiedzialam, ze fajnie byloby tam kiedys wrocic! W pozniejszym czasie, zrezygnowalam z mocno srednio trafionego kierunku studiow na SWPS, poznalam mojego obecnego narzeczonego, ktory jest Francuzem i tak drogi zaprowadzily mnie do Paryza. Nie wahalam sie dlugo, przeprowadzka byla oczywistoscia! Szkoda byloby mi rozstawac sie z rodzina, mocno to przezywalam, ale mialam 21 lat i czulam, ze teraz jest ten czas zeby zawalczyc o marzenia.
W Paryzu postanowilam dostac sie do jednej z renomowanych szkol mody. No bo gdzie indziej moglabym studiowac? Mowilam dobrze po francusku po dwujezycznym liceum, szyc nie umialam w ogole, rysowac tez, ale wiedzialam, ze moze sie udac, ze warto sprobowac, a jak nie wyjdzie to trudno, bedzie inny pomysl. Egzaminy wstepu byly trudne. Musialam uszyc wlasne ubrania, pokazac swoje rysunki, przejsc rozmowe kwalifikacyjna. Wazne bylo pokazanie, ze ma sie wystarczajaco duzo checi i motywacji. W koncu szkola jest po to zeby sie wszystkiego nauczyc. Mimo sredniego portfolio, przyjeli mnie! Bylam w szoku. Padlo na prestizowa szkole, Ecole de la Chambre Syndicale de la Couture Parisienne, nalezaca do francuskiego syndykatu mody zrzeszajacego wszystkich projektantow i domy mody we Francji. Wpadlam na bardzo gleboka wode i nie zdawalam sobie wtedy jeszcze sprawy z tego co mnie czeka! A bylo ciezko! I to jak! Trzy lata bardzo ciezkiej pracy. I fizycznej, bo szycie, modelowanie na manekinie. I psychicznej, bo duzo projektow, rysunki (ktore dopiero uczylam sie robic), obcy kraj, inny jezyk i mentalnosc. Byl pot, krew i lzy. Francuzi wydawali mi sie zimni, czulam sie wsrod nich obco. Naszczescie byli tez w szkole: azjaci, Niemcy, Amerykanie i tez dwie Polki. Towarzysko nie bylo zle. Ale nauczyciele, ci to byli dopiero! Jeszcze nigdy nie mialam tak surowej kadry profesorskiej! Wszyscy mieli juz za soba kariery w najlepszych domach mody, stad ich dyscyplina, chlodne podejscie i wymagania. Bylo trzeba sie starac i zarywac noce aby dokonczyc projekty na czas. Studenci, bylismy wszyscy wyczerpani, duzo osob bralo witaminy wspomagajace zeby nie upasc na twarz, zasypialismy rano na stojaco w metrze, bo czesto nie bylo po prostu czasu na sen. Totalne szalenstwo! Zajecia mielismy najczesciej od 9:00 do 18:00, piec dni w tygodniu. Przedmioty takie jak : styl, rysunek, montaz krawiecki, historia mody, materialoznawstwo, projektowanie wzorow na tkaninach. I po zajeciach caly dzien w szkole, byly jeszcze projekty do wykonania w domu na nastepny dzien! W weekendy rowniez nie bylo czasu na wiele wiecej niz praca, rysowanie i szycie. I tak minely trzy lata. Nauczylam sie bardzo wiele, poznalam swiat francuskiej mody, jak wyglada w teorii ta ogromna branza fashion, zarowno z punku widzenia atelier, ale rowniez dzialu projektowego i handlowego, jest to ogromna machina! Nastepnie, przyszedl czas na praktyke czyli staze. Na pierwszym roku mialam co prawda pierwszy, maly staz – w showroomie Christiana Diora podczas prezentacji kolekcji dla kupcow z galerii handlowych takich jak Harrods czy Galerie Lafayette. Bylo super i tak ooooch parysko! Ale tym razem mial to byc staz az pol roczny. Wszyscy studenci musielismy sami go znalezc. A to bylo ogromnie wtedy ciezkie zadanie! Na portalach takich jak FashionJobs jest co prawda sporo ofert, ale konkurencja jest tak ogromna, ze ciezko jest sie przebic i zostac wybranym, szczegolnie na staz, kiedy nie ma sie jeszcze czym pochwalic w CV. Ale udalo sie! Dostalam sie do dzialu projektowego ready to wear domu mody Sonia Rykiel, ktory uwielbiam!! Spelnilo sie moje kolejne marzenie, na ktore sobie zapracowalam. Dzwonilam do nich codziennie, zarowno do dzialu HR, jak i do dzialu projektow no i nie bylo wyjscia, musieli mnie przyjac! Spedzilam tam szesc miesiecy, no ale znowu rzeczywistosc nie byla taka jak sobie ja wczesniej wyobrazalam. We francuskich, najwiekszychdomach mody panuje ogromna hierarchia. Jako stazysci bylismy oddzieleni regalem od reszty studia projektowego. Mialam bardzo surowa przelozona Koreanke, ktora wczesniej byla prawa reka Marca Jacobsa w Nowym Jorku. Rozne zadania byly nam powierzane. Projekty haftow, robienie rysunkow technicznych, kolorowanie jedwabiu w toalecie, ktora byla naszym laboratorium! Pamietam tez bardzo dobrze czas paryskiego tygodnia mody czyli dzien zblizajacego sie pokazu Rykiel! Cale atelier i studio projektowe musialo spedzic w pracy noc tuz przed pokazem. Jest wtedy tyle rzeczy do przygotowania na ostatnia chwile. Ostatnie przymiarki modelek, poprawki ubran, dobor akcesoriow i makijazu. Pamietam, ze tej nocy z innymi stazystami prasowalismy… skarpetki ! Wszystkie modelki mialy miec na sobie w dniu pokazu skarpetki z brokatowej, cienkiej dzianiny, no i trzeba bylo je doprowadzic do odpowiedniego stanu!
Oprocz stazu u Rykiel, ktory wspominam jako ten najbarwniejszy, byl tez staz w dziale akcesoriow Chanel ! Zdobylam go dzieki szefowej z Soni Rykiel, ktora pracowala pozniej u Karla Lagerfelda. Labirynty korytarzy, ogromny sztab ludzi i ich profesjonalizm, tak wygladaja duze domy mody. Chanel jest bardzo spokojne, pracownicy bardzo mili, w niczym nie przypomina to surowego klimatu z jakim kojarza sie duze koncerny. U Chanel mialam mozliwosc zobaczenia tak wiele! Atelier przygotowujace bizuterie, hafty, kapelusze, klejace piora, wyszywajace drobinkami zlota. Chanel sklada sie z kilkunastu, mniejszych manufaktur, kazda ma swoja, odzielna specjalizacje. Dom mody, ktory jest dla mnie jak encykopedia wiedzy, z cudownymi ludzmi i atmosfera! Duzo osob pyta mnie czy widzialam Karla. Niestety ma on swoje autorskie godziny pracy! Dlatego jest moze garstka pracownikow, ktorzy go naprawde widzieli lub widuja! Taka ciekawostka na koniec.
W Paryzu mieszkam caly czas i ciagle zajmuje sie moda. 10 lat temu nie przypuszczalam, ze bede tutaj pracowac, i ze z malego stazu w Vivie, ktory byl dla nie jak trampolina ambicji, dojde malymi kroczkami az do Francji! Pozdrawiam wszystkich serdecznie i zycze sukcesow na co dzien, wiary w siebie i w swoje marzenia! Wszystko zalezy od nas samych i od decyzji, ktore podejmujemy.
- CZYTELNICZKA O.Witaj Karolino, żebyś mogła bardziej zrozumieć jak bardzo decyzja, która podjęłam w ostatnich latach, wpłynęła na moje teraźniejsze życie, muszę opowiedzieć Ci pewną historię …
„Była sobie dziewczynka. Miała 11 lat i ogromną energię do życia, taką wewnętrzną radość, którą zarażała wszystkich dookoła. Każdy chciał z nią przebywać, bawić się miała mnóstwo kolegów i koleżanek. Z wyglądu zwykła, normalna dziewczynka. Średniego wzrostu z lekko kręconymi, jasnymi włosami i zielonymi oczkami pełnych iskierek radości… Tak ją pamiętam i dokładnie tak wygląda na zdjęciu z tego okresu swojego dzieciństwa… Na zdjęciu, które już niebawem miało się stać symbolem końca jej dzieciństwa, beztroski i tego, czego dziecko, ani nikt dorosły nie powinien w życiu doświadczyć…
Pewnej słonecznej niedzieli, cała rodzina dziewczynki wybierała się do kościoła, jednak ona tuż przed samym wyjściem źle się poczuła. Lekka gorączka, ból brzuszka…. Mama, widząc, że córka źle się czuję, postanowiła zostawić ją w domu na tę godzinkę. Poprosiła też sąsiada-przyjaciela rodziny o ty by doglądnął ją pod ich nieobecność…. Po paru chwilach, kiedy rodzina wyszła do kościoła, do drzwi zapukał sąsiad. Pan Sławek miał 45 lat i był kawalerem. Zawsze miły, uczynny, aż dziwnie, że nie znalazł sobie kobiety, nie założył rodziny… Dziewczynka leżała w łóżku, Pan S. zapytał, czy zrobić jej herbatę, odparła, że bardzo prosi…. Po chwili przyszedł, odłożył herbatę na stół…..i……………..zaczął rozpinać spodnie…………….
…………………..
Była sobie dziewczynka. Miała 11 lat……11 lat!!!!!!!!!
…………………..
Po wszystkim Pan Sławek, ubrał się, wstał i powiedział z groźbą w głosie: ” Jeśli komuś o tym powiesz, to powiem, że sama tego chciałaś i że to Twoja WINA! ” i wyszedł….
Dziewczynka leżała na łóżko jak sparaliżowana, nie do końca rozumiejąc, co się właśnie wydarzyło…. Czuła strach, ból fizyczny, bo próbowała uciekać, krzyczeć, walczyła, ale „przyjaciel rodziny” był od niej 3 razy silniejszy i dokładnie wiedział co i jak robić…..bezwzględnie, jak zwierzę…. Sama nie wie ile tak leżała i nagle usłyszała śmiech brata i rodziców, zdążyła się przykryć i zamknęła oczy…..miała nadzieję, że kiedy je otworzy okażę się, że to był tylko zły sen….
…………………..
Tamto wydarzenie zmieniło wszystko. Nagle z wesołej, roześmianej osóbki zmieniła się w zamkniętą, smutną dziewczynkę. Wszyscy dookoła zauważyli tę zmianę, ale nikt nie wiedział jak jej pomóc. Pytali, prosili, ale nikt nie mógł do niej dotrzeć…. Nikt nie skojarzył faktów, że tamtej niedzieli mogłoby wydarzyć się coś aż tak złego…przecież to tylko godzinka, krótka chwila i trochę bolący brzuch….nic wielkiego….
Lata mijały, przyszedł wiek dojrzewania. W gimnazjum pojawiły się nowe osoby, a z nimi nowe możliwości. Alkohol, narkotyki, wszystko po to, by ukoić ból…. Dziewczynka, a właściwie już dziewczyna nie miała już dobrych kolegów i koleżanek, a i rodzina od niej się odwróciła. Nikt nie umiał jej pomóc, wszyscy myśleli, że to gwałtowny okres buntu nastolatki…. Kiedyś dobra uczennica, dziś nieprzechodząca do następnej klasy, mająca problemy z nauczycielami, rówieśnikami, a nawet prawem…
W tym okresie miały miejsce też jej dwie nieudane próby samobójcze i coraz większa otchłań, ciemność i nienawiść do samej siebie….
Dziewczyna ledwo skończyła gimnazjum i dostała się do zawodówki….wszyscy obwiniali ją za taki stan rzeczy, że się jej nie chce, że leń, bez ambicji….
Stroniła od mężczyzn, gardziła każdym nowo poznanym facetem, nienawidziła całej płci przeciwnej. Na jednej z zakrapianych imprez poznała Darka…..od razu wydał się jej inny od reszty towarzystwa, totalnie tam nie pasował. Dobrze ubrany, grzeczna fryzura i sposób bycia… Podszedł do niej, zagadał, ale ona nie chciała jego towarzystwa, ale on nie odpuszczał….” Może wyjdziemy na zewnątrz, tu jest za głośno, przejdziemy się, pogadamy? ” Dziewczyna natychmiast odskoczyła, jak od ognia, jakby się czegoś mocno wystraszyła…to zaciekawiło chłopaka, który delikatnie powiedział….” Nie bój się, nic Ci nie zrobię, chcę tylko zabrać Cię na spacer….”…. i wziął ją delikatnie za rękę….
Ten spacer to pierwszy normalny moment dla dziewczyny od kilku lat…. Darek okazał się miłym, inteligentnym, empatycznym facetem. Pierwszą osobą, która potrafiła z nią rozmawiać, na spokojnie, bez ciśnienia, bez obwiniania….
…………………..
I tutaj zakończę historię dziewczynki….brzmi trochę jak scenariusz filmowy, prawda Karolina ? A to historia mojego życia….
Zapytasz, a gdzie decyzja, która odmieniła TO życie…?!
Zaczęłam spotykać się z Darkiem, był pierwszą osobą, której powiedziałam, co mnie spotkało…namawiał mnie na terapię, mimo obaw i wstydu w












































